Żywiecki z Anką i Rudą
piątek, 26 marca 2010 21:51

Impedancja wprawdzie dalej leży i kwiczy, lecz czymże jest ona wobec zamiłowania do pofałdowanych krajobrazów. Całe wieki minęły od mojej ostatniej wizyty w górach, a dokładnie 45 dni i 22 godziny. Zacząłem już nawet odczuwać negatywne skutki choroby nizinnej (takie przeciwieństwo choroby wysokościowej). Desant z samochodu osobowego marki kompletnie mi nieznanej (bo się nie znam, wiem jak maluch wygląda, ale to maluch nie był) nastąpił około osiemnastej w Zawoi Centrum. Dzięki uprzejmości kolegi, który jechał w tym kierunku, nie musiałem korzystać ze środków komunikacji publicznej. Wymyśliłem sobie, że przenocuję dziś w chatce studenckiej Pod Solniskiem, czyli że przede mną 3 - 4 godziny orzeźwiającego spaceru po ciemku, bardzo przyjemnym zielonym szlakiem. Polecam...


Na miejscu stawiam się o przewidzianej porze, w nieprzewidzianie mokrych butach. W progu wita mnie dyżurny gospodarz - Radek, z miejsca deklarując chęć przygotowania herbaty. Chwilę potem ciężkie od wody buciory lądują nad piecem, ja natomiast ląduję za stołem, na którym czeka już zapowiadany zestaw turystyczny: gorąca herbata i kawałek makowca. W chatce, jakoś tak dziwnym trafem, jestem po raz pierwszy, a wypowiedzenie tej myśli na głos budzi w Radku, skrywanego do tej pory skrzętnie, przewodnickiego ducha - demona wręcz. Już po chwili dysponuję kompletem informacji dających mi pełne prawo czucia się tu jak u siebie w domu. Tego wieczoru do chatki dociera jeszcze dwoje turystów. Miła atmosfera bezlitośnie przyśpiesza zegar, nagle robi się po północy.


Pomimo że pierwszego wieczoru przez zasypane leśne ścieżki przedzierałem się niezbyt liczną ekipą, łikendowego dreptania beskidzkiego rozmokniętego śniegu nie zamierzam wcale uskuteczniać w pojedynkę. Dziś zespół zasilą dwie niewiasty. Anka (poznana w schronisku na Turbaczu podczas zimowego GSB) oraz Ruda (jej czworonożna koleżanka). Dziewczyny docierają do chatki z samego rana, zmuszając mnie tym samym do karkołomnego wyczynu - zwleczenia się z ciepłego legowiska świtem bladym, to jest, o zgrozo, koło dziewiątej. Turystki podczas swoich górskich wypadów nigdy jeszcze nie zabłądziły w Beskid Żywiecki, dlatego odczuwam silnie targający mną obowiązek dokonania małej prezentacji. Coś w stylu, że: poznajcie się, Ania, Ruda to B. Żywiecki... dobra nieważne... Za dzisiejszy cel obrałem więc Mędralową, a właściwie będący na trasie Jałowiec, z którego to roztacza się piękna panorama na niemal całą żywiecką część Beskidów...


Śniegu jakby trochę mniej niż wczoraj, przybrał za to na wadze i wilgotności. Co dość szybko i skutecznie zmienia klimat w naszych butach - przyjemna suchość ustępuje pod naporem wszechobecnego śniegowego błocka. Pomimo zarzekania się, że „kondycji to ja nie mam i cienki leszczyk” (nie powiem czyjego, ale nie mojego, a Ruda też do gadatliwych nie należy - skarb kobieta), na Jałowiec docieramy całkiem sprawnie, bo z jedną tylko przerwą na przepysznego naleśnika. Tutaj, tak jak zakładał plan, wita nas zawrotna panorama Beskidu Żywieckiego. Korzystając z okazji kreślę palcem w powietrzu trasę tegorocznej „III Wyrypy Beskidzkiej” i, powiem szczerze, nie tylko Ance szczena opadła. Moja również zachwiała się niebezpiecznie luźno w pozycji dolnej i mało brakowało, a musiałbym szukać jej w śniegu. Pooglądane, więc w drogę... Powoli ogarnia nas chęć na solidny odpoczynek, w mokrym śniegu zapadamy się po kolana, a wspomnienie suchych skarpet wywołuje melancholijne westchnienia. Coraz bardziej ciążą nam stopy. Przynajmniej dwunożnej części zespołu, bo Ruda bezceremonialnie bezcześci dogmat o tym, że chodzenie po górach bywa męczące.


No to jesteśmy. We w pełni klimatyzowanym, przestronnym wnętrzu chaty organizujemy legowiska. Trzeba by tylko jakieś jedzenie zmajstrować, wybór pada na ekspresową chińszczyznę z Radomia. Na Mędralowej jedynym źródłem wody jest niebo i to co z niego spadnie, a że dziewczyny nie miały jeszcze okazji kucharzyć ze śniegu, przystępnie wykładam co i jak:



Przed pójściem spać dla zapewnienia komfortu cieplnego, Anka postanawia zalepić śniegiem ziejące ze ścian dziury. Poza tym w ruch idzie pełen arsenał: skarpet, worków foliowych, a nawet psi ręcznik (ku niezadowoleniu właścicielki). Ogólnie zagospodarowane zostało wszystko, co można wetknąć w szparę między dwoma belkami. W efekcie do późnych godzin nocnych towarzyszą nam tajemnicze szmery osuwającego się śniegu i szelest nylonu (taki ni to z chatki, ni to z zewnątrz). Pomimo wieczornych prac konserwatorskich ranek budzi nas lekkim przeciągiem, a naszym oczom ukazuje się obraz do złudzenia przypominający wnętrze kaplicy Notre-Dame du Haut w Ronchamp. Ciemną przestrzeń nad naszymi głowami przecinają dziesiątki lśniących wstęg światła, bezlitośnie demaskując braki architektoniczne rozwiązania i niską jakość zastosowanych materiałów.



Dzień upływa na podążaniu za słupkami granicznymi aż do rozwidlenia szlaków czerwonego i niebieskiego pod Pilskiem. Tu, w głębokim śniegu, zafascynowani odczuwalnym już niemal w powietrzu zapachem ciepłej kolacji, nie wstrzeliwujemy się zbyt rzetelnie w szlak, w skutek czego... No dobra... Klasyczny przykład odrzucania porażki, której jest się niekwestionowanym ojcem. To oczywiście JA się nie wstrzeliłem, a dziewczyny, pokładając we mnie resztki zmęczonej ufności, podreptały za mną jak, nie przymierzając, dwa wielkanocne osiołki. Na stok narciarski wychodzimy kilkadziesiąt metrów poniżej wylotu czerwonych znaków, więc musimy wykonać kilka nadprogramowych kroków. W schronisku na Hali Miziowej rezerwujemy sobie miejscówki na glebie, jeść i spać.


Po nocy spędzonej w chłodnawej i dziurawej chacie, gleba na kamiennej posadzce w schroniskowej sali konferencyjnej, w dodatku przy kaloryferze jest rarytasem nie do opisania. Rarytas ten sprawia, że godzinę definitywnej pobudki odsuwamy w nieskończoność porozumiewawczymi pomrukami. Tylko Ruda zdaje się nie pamiętać wczorajszego spaceru i sugestywnie spogląda raz na Ankę, raz na mnie.
- Ruda, damski jest prosto i w prawo.


Piłujemy już prawię godzinę, niedawno minęliśmy granicę. Udawane szczyty to nie dla nas. Chcemy zobaczyć dziś Tatry, a te widać tylko z głównego wierzchołka Pilska, to jest po stronie słowackiej. Nim jeszcze naszym oczom ukażą się poszarpane granie. Na wschód od nas wyłania się unoszona na tronie z chmur Królowa Beskidów. Do widokowej kolekcji już po paru minutach dołączają i Tatry. Choć widzimy tylko fragment całego pasma to i tak jest pięknie.


Do cywilizacji wracamy przez Halę Górową, a potem szlakiem „w dół po krzaczorach”. Tym razem rehabilituję swoje skompromitowane zdolności nawigacyjne i bardzo malowniczą trasą docieramy do przystanku w Korbielowie.


więcej w galerii >>

 

[2010-03-19/03-22]

 


copyright 2010-2019 piotr baranowski
innymi słowy: kopiujesz materiały z tej strony? daj mi znać ;-]

Ta strona korzysta z plików cookie - "ciasteczek". Zapewne obchodzi Cię to tyle, co zeszłoroczny śnieg, ale banda niedouczonych kretynów z Unii Europejskiej (a za nimi imbecyle z rodzimego parlamentu) zażyczyła sobie, abym Cię o tym fakcie poinformował - co też czynię. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym, czym są "ciasteczka" i jak je usunąć, skorzystaj z google.pl. Możesz też (do czego gorąco namawiam) napisać wierszyk o plikach cookie i wysłać go na adres papieża zjednoczonej Europy, Jego Ekscelencji D. Tuska. Google.pl o "ciasteczkach"

Akceptuę pliki cookie z tej strony i obiecuję napisać wierszyk