|
Skoro mo?na zadedykowa? komu? ksi??k?, czas i wysi?ek po?wi?cony na jej napisanie, to zapewne mo?na i podr?. Dedykuj?, wi?c mj czas i wysi?ek tym, ktrzy na mnie czekali.
2009-12-11 "Ciemno?? widz?..." (13:30-16:40) Wo?osate -> Prze??cz Bukowska
Ustrzyki Grne jest troch? po 13. Wyci?gam z plecaka map?... Bieszczady
Taaa... wi?c jestem w Bieszczadach. Po raz pierwszy w ?yciu. Tak si? jako? u?o?y?o, ?e nie mia?em wcze?niej przyjemno?ci. Ot, gry mam niemal za p?otem to po co p? Polski t?uc si? b?d?. ?niegu nie ma, troch? ch?odnawo i pochmurnie, ale na sercu optymistycznie. W drog?... A droga d?uga i ewidentnie asfaltowa, wi?c nudna. Obowi?zkowa fotka tablicy i czerwonej kropki w bia?ej obwdce. Niestety, jak si? okazuje, prze?wietlona. Kole?anka eksperymentowa?a wcze?niej z moim aparatem i astronomicznie podkr?ci?a ISO. Peszek...
W okolicy prze??czy Beskid przy tablicach informacyjnych mundurowy na quadzie. Wida? samotny w?drowiec z wielkim tobo?em, drepcz?cy w kierunku granicy z Ukrain? tu? przed zmrokiem nie uniknie uwagi naszych s?u?b. A dok?d to, a gdzie spa? b?d?, a jaki? dokumencik jest, a dok?d... a po co... a czas leci. Nic to, dobrze, ?e nie chcia? ogl?da? zawarto?ci plecaka, bo kisi?bym si? tam jeszcze d?ugo.
No i jest wiata na Bukowskiej. Szybka ocena sytuacji bojowej: wia? b?dzie i zimno jak skur... Na ?awce rozpinam linki namiotu, ciasnej jedynki vel "trumienki" - jak go pieszczotliwie nazywam. Puchowy ?piwr do namiotu, ja do ?piwora. Mi?o i kurde... "Siku i spa?" - we wczesnym dzieci?stwie rodzice przypominali wieczorem o optymalnej chronologii zdarze?. Nie ma zmi?uj, z natur? nie wygram.
Po chwili wracam do namiotu i... huk, ga?nie ?wiat?o, fala gor?ca po karku, ?wiat milknie, po czole sp?ywa wielka kropla potu. Zamieram w bezruchu. Kilka chwil mija, zanim kolory znowu zaczynaj? pojawia? si? przed moimi oczami. Ocieram pot z czo?a, troch? czerwony jak na pot. Wsuwam r?k? pod kaptur i wiem ju? wszystko. Ot, z ca?ej si?y grzmotn??em g?ow? o dach wiaty, a? si? sople posypa?y. Namaca?em trzy g?wne ?rd?a "potu", ktry teraz ju? opracowa? sobie strumyk przez ?rodek mojej twarzy. Co?-jakby-opatrunek z chusty, ktr? mam na szyi. No i chyba spa? pjd?, bo co tak sam siedzia? b?d?. Fajnie si? zaczyna, 3 godziny marszu a ja ju? ranny.
2009-12-12 "Cztery wiatry" (06:00-18:00) Prze??cz Bukowska -> PTTK Chatka Puchatka
O 5:00, ktra to b?dzie typow? godzin? zrywania si? do walki podczas tej wyprawy, zaczyna wy? syrena w telefonie. Nie wychodz?c z trumienki ma?e "conieco", bo przecie? dzi? celem etapu jest Chatka Puchatka. ?yk herbaty, ktra kiedy? by?a ciep?a... Samochd? Tutaj? Wyra?nie przecie? s?ysz? silnik. Gasz? czo?wk?. Samochd przystaje na chwil?, nas?uchuj?, ruszy?. Nie bardzo wiem co to by?o, ale nawet je?li to tylko wytwr mojej zaspanej wyobra?ni to i tak wcale mi si? nie podoba?o. Zwijam majdan i ju? mnie tu nie ma. Kilka minut po 6:00 drepcz? pod gr? po ?wie?ym ?niegu. Spad? w nocy. W sumie dobrze, w ko?cu ma to by? co? na kszta?t zimowego przej?cia szlaku.
Ju? na Rozsypa?cu zima coraz bardziej zaczyna przypomina? zim?. Przez grzbiety przewalaj? si? g?ste chmury, powietrze tn? ma?e lodowe szpilki, przy okazji tn?c mnie po twarzy, jest zimno, ale przede wszystkim wieje, bardzo wieje. Halicz, Kopa Bukowska, porywisty wiatr, prze??cz Goprowska, Siod?o, Tarnica, wieje jak diabli, Szeroki Wierch... Nareszcie las i cisza. Tu wiatr mnie ju? nie dosi?gnie, cho? s?ycha? jak prbuje jeszcze przedrze? si? przez korony drzew, ?ebym ostatni raz poczu? jego lodowy oddech. Odebra? mi ca?? porann? ?wie?o??. Przez Ustrzyki przelatuj?, zatrzymuj?c si? tylko na chwil? w sklepie. Co? do picia na reszt? dnia. I znowu targam swoje ponad 25 kilo nadwagi pod gr?. Szczerze powiedziawszy, przy takim ci??arze, nie opanowa?em jeszcze sztuki naci?gania paskw plecaka tak, ?eby sz?o mi si? w miar? wygodnie. Ci?gle co? uwiera. Po drodze wyprzedza mnie m?ode ma??e?stwo. No c? z takim tobo?em to demon szybko?ci ze mnie ?redni. By? sobie las i le?na cisza teraz Po?onina Cary?ska. Albo to zm?czenie, albo jest jeszcze gorzej. Gdzie? w po?owie drogi na otwartej przestrzeni podejmuj? desperacko decyzj? zrzucenia z siebie gratw. Chc? z?apa? oddech, chwil? odpocz??, poprawi? plecak, tym razem wiatr prbuje wytarga? ze mnie resztki si?. Nie mog? tak siedzie? w niesko?czono??, zapinam klamry plecaka. Z zimna nie czuj? d?oni. Do Brzegw Grnych schodz? na galaretowatych nogach po zmroku. Przy budce BPN chwila odpoczynku, ktry i tak niewiele daje. Jestem wyko?czony.
"W gry, w gry mi?y bracie Tam swoboda czeka na ci?" Taaa... swoboda i wiatr. Te p?torej godziny z mapy nie trwa wcale 90 minut, ci?gnie si? w niesko?czono??. Co kilka krokw odpoczywam wsparty o kijki, co chwila przykucam lub siadam na ?niegu. Nie mam si?y. Nigdy tu nie by?em, z mapy niewiele ju? rozumiem, mijam jakie? ska?y, to chyba Po?onina Wetli?ska. Wiatr. Chwiejnym krokiem cz?api? w ciemno??, szeroko rozstawiam kijki, w blasku czo?wki przed oczami przelatuj? tysi?ce drobinek lodu. Nie dam rady. Wiatr wyrywa ze mnie ca?? wol? walki. Nie dam rad... ?wiat?o? Zarys dachu? Pierwszy raz w ?yciu chce mi si? krzycze? z rado?ci na widok ?wiate? w oknach schroniska. Niesamowite uczucie. Rado??, ktra najch?tniej wyskoczy?aby z cz?owieka i pogna?a przodem.
No i siedz? w ciep?ej Chatce Puchatka. Na wej?cie dostaj? kieliszek czego? co i tak bez wi?kszego efektu sp?ywa w g??b przem?czonego cia?a. Dopiero drugi kieliszek "ma smak". Trafi?em na ma?? imprezk? ze ?piewami. Turystyczne piosenki sprzed lat. Niesamowity klimat. Suszone daktyle, dwa chi?czyki, herbata za herbat? i kolejny kieliszek, ten ju? zagrza? w prze?yku. B?d? ?y?.
Nie chc? my?le?, czego za??da?by Wiatr Czwarty. Nieistotne...
2009-12-13 "Dwie Chatki Puchatka i ?lady ?ap" (06:00-20:00) PTTK Chatka Puchatka -> bacwka PTTK Pod Honem
- Chod?, Prosiaczku, i popatrz. Co tu widzisz? - ?lady - rzek? Prosiaczek - ?lady ?ap. - Po czym kiwn?? z przej?ciem. - Ach-jej, Puchatku, czy my?lisz, ?e to jest... y...y...y... ?asiczka? - Mo?liwe - odpar? Puchatek - Ze ?ladami nigdy nic nie wiadomo.
Pi?ta. Wype?zam z ciep?ego ??ka. W?a?ciwie spakowa?em si? wieczorem, wi?c teraz tylko ?piwr. Nie mam poj?cia, czemu drzwi Chatki zamykam za sob? dopiero po godzinie. Znw brn? samotnie w mroku. Mj pow?czysty krok, ciemno?? i jakie? takie ma?o przejrzyste powietrze. Mam wra?enie, ?e wcale si? nie poruszam. Wreszcie jakie? wyra?ne wzniesienie. Kijek, kijek, noga, noga... Sporo tu nawianego ?niegu, wi?c id? troch? wed?ug w?asnej koncepcji szlakarskiej. Dochodz? na szczyt, rozgl?dam si? niepewnie. Mapy nie wyci?gam, bo musia?bym zdj?? r?kawiczki, a troch? zimno. Chyba w lewo, bo taka jakby ?cie?ka czy co?, podpowiada lekko przyt?umiony umys?... No to czemu nie... ?cie?ka jest, tylko jaki? idiota postawi? desk? w poprzek. Dziwaczne zwyczaje tu panuj?, przecie? kto? si? mo?e potkn??. Id?, ?cie?ka staje si? coraz mniej i mniej wyra?na, a? w ko?cu znika. Spogl?dam za siebie na majacz?cy w oddali szczyt, z ktrego w?a?nie zszed?em. Oj nie, nie ma takiej opcji, nie b?d? si? tarabani? z powrotem tylko po to, ?eby uzna?, ?e szed?em dobrze i znowu drepta? w d?. Rzut oka na okolic?. W ?wietle wybudzonego ju? nieco dnia dostrzegam drzewo. A pojedyncze drzewa na otwartej przestrzeni maj? to do siebie, ?e jak lep przyci?gaj? p?dzle szlakarzy. Pewnie tam. No i co? I kto tu jest master-of-nawigejszyn? Jest ?cie?ka, a na niej ?wie?e ?lady butw. Kto? musia? wsta? sporo wcze?niej przede mn?, ?e o takiej godzinie dotar? a? tu. Zapewne zm?czonych wieczorem lokatorw Chatki zastanie jeszcze w ??kach. Nie ma co, prawdziwy turysta. Ra?niej si? drepcze po czyich? ?ladach. Mija p? godziny i zza delikatnego wzniesienie wy?aniaj? si? zabudowania. Fajnie, b?d? mia? gdzie zdj?? plecak i da? odpocz?? plecom. Cho? z drugiej strony te cha?upy w Bieszczadach s? budowane strasznie na jedno kopyto. Szopa, ko?o niej domek, zupe?nie jak schronisko, ktre opu?ci?em jeszcze przed wschodem s?o?ca. No i chyba... no, bo zdawa?o mi si?, ?e na Wetli?skiej jest tylko jedna... Podszed?em ju? do?? blisko, ?eby w cz?owieku przy drzwiach rozpozna? jednego z wieczornych ?piewakw. Ale... jak... przecie? to... przecie?... zwrot na pi?cie i d?uga, seria s?w powszechnie uznawanych za obel?ywe. Chyba mnie nie widzia?. Nic nie rozumiem... Co to kur... by?o jaka? p?tla czasowa? Trjk?t Bermudzki? Za?amanie czasoprzestrzeni? A ?lady? Przecie? kto? tu wcze?niej... no w?a?nie, przecie? JA!!!
Krzy? powoli zlaz? z drzewa. - Oj, ty g?upi Misiu - powiedzia? - co ci do g?owy strzeli?o? Najpierw obszed?e? ca?y zagajnik sam dwa razy, a potem Prosiaczek pobieg? za tob? i obeszli?cie go jeszcze raz naoko?o. - Jestem po prostu Mi? o Bardzo Ma?ym Rozumku. - powiedzia? Kubu? Puchatek.
Tak czy siak, siedz? w?a?nie w Bacwce pod Honem, w Cisnej, po 14 godzinach marszu. Szalenie uprzejma obs?uga, przynajmniej jej ?e?ska cz???, bo w?a?ciciel dono?nie poinformowa?, ?e w jadalni pod moim krzes?em powsta?a wielka ka?u?a. No i racja oczywi?cie po jego stronie, na?wini?em, ale jako? nie mia?em si?y rozgl?da? si? za buciarni?. Pi? mi si? chcia?o. Jestem koszmarnie zm?czony. Przecie? tego dnia wra?enia nie sko?czy?y si? jedynie na "patrolowaniu" Po?oniny Wetli?skiej. Pomijaj?c fakt, ?e czas strasznie si? d?u?y? i przy blasku zachodz?cego s?o?ca niemal ka?de napotkane za Smerekiem wzniesienie zdawa?o mi si? by? ju? Okr?glikiem. To tu? za "Okr?glikiem w?a?ciwym" zacz??y towarzyszy? mi odci?ni?te w ?wie?ym ?niegu, nie mniej ?wie?e ?lady ?ap. Dla utrzymania wewn?trznego spokoju oraz harmonii ducha z rozdygotanymi nogami okre?li?em je mianem ?ladw "troszk? wi?kszego psa". Z ka?dym krokiem tropw jednak przybywa?o. Niektre wygl?da?y jakby powstawa?y na chwil? przed moim pojawieniem si? na polanie. I na nic ca?a internetowa wiedza, nabyta przed wyjazdem, ?e wilki to w?a?ciwie ludzi si? boj?, a ataki s? tak sporadyczne, ?e gin? ?mierci? tragiczn? w statystykach. Tak, tylko jak to wyt?umaczy? samotnemu w?drowcy, ktry po nocy przemierza nieprzetarte ?cie?ki w ciemnym lesie?! Gdy ka?dy refleks czo?wkowego ?wiat?a odbity od padaj?cych p?atkw ?niegu przypomina wgapione we? ?lepia. Szkoda gada?, spa?, spa?...
2009-12-14 "Samotnie" (06:40-18:00) bacwka PTTK Pod Honem -> PTTK Koma?cza
Gdy droga jest monotonna, jak podczas przemierzania grzbietu Wysokiego Dzia?u, samotno?? doskwiera. Wok? bia?o i pusto. Nad g?ow? zmarzni?te na ko?? wysokie drzewa poruszane wiatrem, prowadz? nieko?cz?ce si? rozmowy. Trzeszcz? ka?de s?owo niczym tolkienowskie drzewce. Czasem z ich ga??zi osypuje si? na mnie lodowa mgie?ka. Prcz nas nie ma tu nikogo. Dzisiaj po raz pierwszy z powodzeniem, w warunkach bojowych wyprbowuj? zaczerpni?ty z jakiego? forum internetowego pomys?. Ot? od trzech dni do mojego plecaka przyczepione s? sanie. Taki "dzieci?cy ?lizg" wi?kszy i masywniej zbudowany ni? "dupolot", ale bez p?ozw, jak klasyczne sanki. Uprz?? stanowi popis mojej in?ynierskiej my?li technicznej. Nie mam w?tpliwo?ci, ?e dla tych dwch godzin marszu z uwolnionymi od ci??aru plecami warto by?o nie?? do tej pory troszk? wi?cej. Id? tak sam szerokim grzbietem, omijam nieliczne wiatro?omy, za plecami s?ysz? szelest sun?cych po ?niegu sa?. Niemal zapominam, ?e ten tob? wrci pr?dzej czy p?niej na moje plecy. Powoli w mojej g?owie my?li zaczynaj? uk?ada? si? w ca?e zdania, d?ugie monologi w aktywn? dyskusj? z samym sob?. Zaczynam gada? do siebie.
Jednak, gdy droga jest trudna i zaczyna przypomina? przedzieranie si? przez pozostawione naturze okolice Jeziorek Duszaty?skich (rezerwat), samotno?? to ostatnie, czego bym chcia?. Po?rd powalonych drzew szybko gubi? szlak. Id? troch? na oko, wyci?gam GPSa, teraz ju? przynajmniej wiem, gdzie powinny by? czerwone znaki, ale GPS za mnie nie pjdzie. Przedzieram si? wi?c mi?dzy stercz?cymi we wszystkich kierunkach jak dzidy po?amanymi konarami. Uwalniam si? od jednej przeszkody i wpadam na kolejn?. Nie mog?c przecisn?? si? z plecakiem, znowu nadk?adam drogi. Czuj?, ?e strasznie si? wlok?, na pewno nie dotr? do Koma?czy w przewidzianym czasie. Co jaki? czas wybucham z?o?ci?, bo po jak? choler? szlak idzie w?a?nie t?dy i tak nie ma tu nic ciekawego do ogl?dania, zamarzni?te bajora i kupa bezw?adnie porozrzucanych drzew. I po jakiego diab?a mi te gry!? Znaczki trza by?o zbiera?, bym se teraz wygodnie w domu siedzia? i przegl?da? klasery a nie jak idiota dar? przez chaszcze na drugim ko?cu Polski. Teraz ju? na g?os obra?am po kolei szlakarzy, le?nikw i siebie.
Dzisiaj naprawd? zrozumia?em, ?e mj GSB przemierzam samotnie. Niby wieczorem rozmawiam z obs?ug? schroniska (bardzo mili ludzie), ale to co innego. Chcia?bym podzieli? si? z kim? tym kolejnym mini sukcesem, kolejnym etapem. Chcia?bym, ?eby kto? rozumia?, co mam na my?li mwi?c, ?e wszystko mnie boli. A znaczy to, ?e piecze ka?dy centymetr cia?a. Pali mnie skra, ktr? mrz zmieni? w tark?, biodra poryte mam pasem plecaka, no i poczernia? mi paznokie? u stopy. Nie wiem, czy go sobie obi?em, czy lekko odmrozi?em, chyba wczoraj. ?eby tylko nie by?o z tego jakiego? wi?kszego kuku. A schronisko? Nawet klimatyczne. Wchodz?. W holu przy piecyku, ogl?daj?c telewizj?, grzeje si? dwch m?odych ludzi. Witaj? mnie troch? zdziwieni, bo zmrok dawno zapad? i nie spodziewali si? ju? go?ci. Pokj z ?azienk?, cztery ??ka, biurko z nocn? lampk?. Gdybym chcia? kiedy? pisa? ksi??k? i potrzebowa? do tego celu jakiego? cichego i spokojnego k?ta, to w grudniowy wieczr zapuka?bym do drzwi schroniska w Koma?czy i poprosi? o pokj, w ktrym w?a?nie siedz?. Jako? nie bardzo chce mi si? bra? za wieczorne rytua?y: parzenie chi?czykw, pranie i suszenie ciuchw. Posiedz? jeszcze chwil?... Jest tylko jeden ma?y minus. Woda z kranu nie nadaj? si? tu do picia. Wygl?da jakby przesz?a przez wszystkie zardzewia?e rury w promieniu stu kilometrw, a na ko?cu kto? dla podkre?lenia smaku i aromatu utopi? w niej ?ab?. Ta podawana przez obs?ug? w barze jest nieco mniej "zmineralizowana".
No i jest za co wypi? toast, nie ma tylko czym. Mapa Bieszczad wraca do plecaka a na jej miejsce... Beskid Niski
2009-12-15 "Na zimno" (06:00-18:00) PTTK Koma?cza -> Wis?oczek SKPB Rzeszw
Baza OK, tylko droga blisko. Le?? w ?piworze owini?ty w namiot na poddaszu wiaty. Mj GSB rzeczywi?cie jest "na zimno". Nawet d?ugopis nie chce pisa?. D?onie mam poryte z zimna, z z?ba wylecia?a mi plomba. Bardzo wieje. To b?dzie ci??ka noc, wstawanie pewnie gorsze. Sanie mi dzi? dupsko uratowa?y, pod koniec nie mia?em si?y nie?? plecaka. Ale zimno...
2009-12-16 "Niski wcale nie taki niski" (06:00-17:00) Wis?oczek SKPB Rzeszw -> prywatne schronisko Pod Chyrow?
Wczoraj w nocy by?o podobno oko?o -15C. Dzi? mia?em nocowa? w okolicach Pustelni ?w. Jana, ale jestem gdzie indziej. Grzej? si? w prywatnym schronisku Pod Chyrow?. Jak tu trafi?em?
Tak jak przewidywa?em i noc, i pobudka nie by?y przyjemnym do?wiadczeniem. Budzi?em si? co jaki? czas, spogl?da?em na zegarek, wypowiada?em kilka brzydkich s?w i na nowo prbowa?em zasn??. Kuli?em si? z zimna, po czym spocony prostowa?em nogi, a ?piwr zasysa? mro?ne powietrze z zewn?trz. Przewala?em si? z boku na bok, a pode mn? trzeszcza?y cienkie deski, tworz?ce prowizoryczn? pod?og? poddasza. Wiatr porusza? czarn? foli? rozwieszon? wok? legowiska niczym baldachim. Ka?dy jej nag?y szeleszcz?cy ruch stawa? si? przyczyn? mojej przedwczesnej pobudki. No i jakby tego by?o ma?o, kiedy w tej mrocznej scenerii k?ad?em si? spa?, zapomnia?em zabra? ze sob? do ?piwora butw. Zamarz?y na kamie?, twarde jak ozdobne ceramiczne buciki na drobiazgi. Po kilku minutach na ka?dy but, szcz??liwie, nie ?ami?c przy tym ko?czyn udaje mi si? je za?o?y?. Cho? mia?em powa?ne w?tpliwo?ci, czy operacja zako?czy si? sukcesem. Zwin??em oszronion? trumienk?, wilgotny ?piwr i karimat?. Mj wielki plecak, zabezpieczony przeciwdeszczowym pokrowcem, czeka? na mnie na stole w wiacie. Wieczorem uzna?em, ?e wci?ganie go na gr? i prowadzenie prb wytrzyma?o?ciowych chybotliwej wiaty to nie najlepszy pomys?. Zanim poszed?em spa?, mia?em jeszcze ma?y lokalowy dylemacik. Ot? przechadzaj?c si? w ciemno?ciach po terenie bazy, dostrzeg?em pod lasem drewniany budyneczek. Genialnie, chatka bazowego? Mo?e tam si? przekimam? Malownicze okienko, drzwi na solidn? zasuw?, a w ?rodku deska z dziur?. A tak si? mi?o zapowiada?o. Poddasze wygra?o z damskim wychodkiem.
Droga przez budz?ce si? do ?ycia miejscowo?ci (Rymanw i Iwonicz) przebiega bardzo g?adko. Nieliczni przechodnie nie kryj? zdziwienia na widok objuczonego do granic mo?liwo?ci mnie. Turysta z plecakiem jest tu zapewnie sk?adnikiem krajobrazu raczej letniego. W aptece zaopatruj? si? w ma?? na odciski, pki co zapobiegawczo i t?usty krem. Ten drugi przyda mi si? ju? dzi? wieczorem, bo mro?na noc da?a mi si? we znaki. Schodz?c do Lubatowej, podziwiam, robi?c? z tej perspektywy niesamowite wra?enie, "jak?? gr?". Wtedy nie?wiadomy jeszcze przebiegu szlaku, bo rano nie znalaz?em czasu na otwarcie mapy, z u?miechem uznaj?, ?e poci?gni?cie znakw przez jej wierzcho?ek, by?oby zabiegiem o charakterze wr?cz dywersyjnym. Tak, wi?c wspinam si? pod ten przejaw turystycznego masochizmu, mowa o Cergowej. Wspinam si? i ko?ca tej wspinaczki nie wida?, w?a?ciwie to kilkakrotnie zdaje mi si?, ?e widz? koniec. No w?a?nie... zdaje mi si?. Na szczycie w kronice umieszczonej w skrzynce pod krzy?em zostawiam ?lad swojej obecno?ci, po czym obieram kurs na pustelni?. W drodze na d? zaliczam jeszcze teatraln? gleb? w trzech aktach: 1) potkni?cie i nieudana prba podparcia si? kijkami, 2) l?dowanie na kolanach i nieudana prba podparcia si? r?kami, 3) degustacja ?nie?nego puchu. W ko?ci?ku przy pustelni prowadzony jest remont, siedz? na tarasie domu rekolekcyjnego, pomimo ziej?cego z tabliczki wyra?nego zakazu. A co, na ?niegu mam siedzie?? Jako? nie u?miecha mi si? druga noc z rz?du na ?onie natury. Zerkam na spis dupochronw, to jest list? telefonw kontaktowych do schronisk i kwater przy trasie. Prywatne schronisko Pod Chyrow?, dzwoni?, jest miejsce, czekaj? na mnie, wi?c w drog?. W ciemno?ci, po solidnie zasypanej ?wie?ym ?niegiem ?cie?ce sun? jak po sznurku, tylko dzi?ki niezwyk?ej sumienno?ci szlakarza. Niech Ci Bg w dzieciach wynagrodzi dobry cz?owieku.
No i ca?a historia. Na wej?cie dostaj? gor?c? herbat? z cytryn?. Tak, ci ludzie wiedz?, czego potrzebuje turysta. Parz? chi?czyka, pior? co brudne, susz? co mokre, prysznic. Warunki mam i?cie hotelowe, nastraja mnie to do zrobienia sobie dnia luzu, jutro...
2009-12-17 "Dzie? luzu" (09:00-13:00) prywatne schronisko Pod Chyrow? -> prywatna kwatera K?ty
Pisz?c do pracodawcy wniosek o urlop, uporczywie okre?la?em go mianem "wypoczynkowego". Dzi? postanowi?em wzi?? sobie te s?owa bardziej do serca.
Sidmy dzie? wyprawy, wyje syrena w telefonie, co oznacza, ?e wybi?a 8:00. S?ownie sma nie pi?ta. Gramol? si? ze ?piwora, dzisiaj nic nie musz?. No, bez przesady, chc? doj?? do K?tw. Schronisko opuszczam chwil? po 9:00, w drzwiach zamieniaj?c jeszcze kilka s?w z w?a?cicielem. Moja mapa wycenia dzisiejszy etap na 2:20 godziny marszu, ale pierwsza napotkana strza?ko-tabliczka przebija t? warto??, podaj?c 3:45. Osobi?cie zgadzam si? z drug? sugesti?.
Pukam do drzwi budynku przy g?wnej drodze, nad wej?ciem napis "noclegi". Reakcja na mj widok jest bardzo standardowa. Szeroko otwarte oczy i szcz?ka w uk?adzie: "no to borujemy". Zd??y?em si? ju? do tego przyzwyczai?. Z wolnymi miejscami nie ma oczywi?cie problemu, z tym zastrze?eniem, ?e nie w cz??ci gospodarstwa przeznaczonej dla go?ci, bo ta w okresie zimowym z uwagi na specyfik? nat??enia ruchu turystycznego, pozbawiona jest ogrzewania. W lokalnym "dyskoncie spo?ywczym", uzupe?niam nadwyr??one zapasy ?ywno?ci, plus kilka rzeczy maj?cych podkre?li? relaksacyjny charakter dnia (dwa piwa). Dzi?ki uprzejmo?ci gospodarzy robi? wi?ksze pranie - moje ciuchy wyra?nie si? tego domagaj?. Oko?o 18:00 nie mam co robi? - ale luksusy... Przechylam drugie piwko i w gronie rodzinnym ogl?dam prognoz? pogody. Na wzmocnienie dostaj? krokieta i barszcz z obiadu. Bardzo mi?e i smaczne zaskoczenie. Jeszcze przed dobranock? pada z moich ust sakramentalne: "To ja id? spa?". Wywo?uj? tym wyznaniem drwi?ce u?miechy na twarzach najm?odszych domownikw.
2009-12-18 "Nie lubi? poniedzia?kw..." (06:00-15:00) prywatna kwatera K?ty -> bacwka PTTK Bartne
...zw?aszcza je?li wypadaj? w pi?tek. Najwi?ksze wyzwanie tego dnia to zwleczenie si? z wygodnego ??ka i przekonanie swojego nie do ko?ca wypocz?tego cia?a, ?e tak trzeba. Ci??kie powieki sabotuj? wszelkie starania, przymykaj?c si? co jaki? czas na d?u?sz? chwil?, obola?e ramiona og?aszaj? liberum veto, a nogi powo?uj? autonomiczn? republik?. Jedna wielka rozpierducha, nad ktr? ca?kowicie straci?em kontrol?. W tym miejscu nale?a?oby pochwali? si? jednak w?asnym geniuszem. Ot? wieczorem, niczym krl strategw Napoleon przewidzia?em, ?e poranna bitwa mo?e przyj?? niekorzystny dla mnie obrt. Dlatego telefon po nastawieniu budzika umie?ci?em w najodleglejszym punkcie pokoju, tak ?ebym rano, nie mg? go uciszy?, nie wychodz?c ze ?piwora. Veni, vidi, vici...
Na zewn?trz rze?ki mrozek. Idzie si? sprawnie. Prcz dwukrotnego zej?cia ze szlaku nie notuj? wi?kszych niespodzianek. Na Magurze W?tkowskiej podobnie jak na Cergowej zostawiam w kronice ?lad swego istnienia. Termometr na szczycie pokazuje -15C. Ostatni odcinek przed Bartnem - szlak zaczyna meandrowa? na podmok?ym terenie, omija wi?ksze i mniejsze ka?u?e, czasem prowadzi ich ?rodkiem. Na rezultaty d?ugo czeka? nie trzeba, wilgotno?? w butach powoli zaczyna osi?ga? magiczne 100%. Z kolei sama bacwka stanowi dla mnie nierozwi?zaln? turystyczna zagadk?. Wchodz? - cisza - pytam czy kto? tu jest. Na pi?trze odzywa si? G?os, ?e Kto? jest na dole. Po paru chwilach w Kto? wy?ania si? zza rogu. Mwi? "dzie? dobry", on odpowiada i... i znika wbiegaj?c na gr? po schodach. Osobi?cie wykaza?bym chyba wi?ksze zainteresowanie faktem, ?e nieznany mi cz?owiek wszed? w?a?nie do mojego domu. No nic to, czekam chwil?. Potem jeszcze chwil? i jeszcze. Chwila przeci?ga si? na tyle, ?e postanawiam pod??y? ?ladem Ktosia. A na pi?trze G?os i Kto? kr?c? si? tam i z powrotem po?rd artystycznego nie?adu. Na pytanie o nocleg otrzymuj? odpowied?, ?e jest, ale musze poczeka?, bo maj? remont. Skala nie?adu wskazuje, ?e nie jest to remont kosmetyczny, dlatego troch? przera?a mnie wizja kilkutygodniowego oczekiwania w przemoczonych butach, a? bacwka zostanie doprowadzona do u?ywalno?ci i b?d? mg? po?o?y? si? spa?. Czym pr?dzej wi?c proponuje pomoc. Mj szlachetny gest zostaje jednak odrzucony, w zamian pada propozycja, ?ebym poczeka? na dole w jadalni. Czekanie ma swoje niepodwa?alne plusy. Mo?na na przyk?ad: policzy? ceg?y, z ktrych zbudowany jest kominek, gruntownie przeanalizowa? stan belek stropowych, tudzie? odda? si? wnikliwej obserwacji dowolnie obranego punktu w otaczaj?cej cz?owieka przestrzeni. Uczta intelektualna.
Podsumowuj?c. ?ycie turysty w bacwce w Bartnem sk?ada si? g?wnie z czekania. Pokj - musi pan poczeka?, wrz?tek - prosz? poczeka?, czy...? - zaraz, zaraz, chwileczk?. Mniej wi?cej po godzinnej medytacji, kiedy to moja kreatywno?? w wymy?laniu sobie zaj?? zacz??a niebezpiecznie przygasa?, niespodziewanie staj? si? szcz??liwym posiadaczem klucza do pokoju, to znaczy do kriokomory na pi?trze. Wi?c spa?...
2009-12-19 "Wariat" (06:15-13:30) bacwka PTTK Bartne -> prywatna kwatera Regietw
Oj, nieco zimno si? porobi?o. Mj nos pomimo braku atestu Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej doskonale sprawuje si? podczas prb okre?lenia temperatury powietrza. Po wyj?ciu z bacwki na nos oczywi?cie ustalam, ?e s?upek rt?ci powinien oscylowa? w okolicach -20C. Pomiar ten znajduje zreszt? potwierdzenie, gdy wieczorem w?a?cicielka prywatnego agrobiznesu w Regietowie, podaje wyniki w?asnych obserwacji okiennego termometru z kilku ostatnich dni. No w?a?nie, agrobiznes a nie baza namiotowa, jak planowa?em. Szczerze powiedziawszy przestraszy?em si? troch?, ?e nocny ch?odek nie pozostanie bez wp?ywu na moje zdrowie. Uda?em si? zatem do wsi w poszukiwaniu ciep?ej poduszki.
Ostatni raz zrozumienie dla tego, co robi?, wykaza? w?a?ciciel schroniska Pod Chyrow?. Pyta?, sk?d id?, czy z samego Wo?osatego, jakie mia?em warunki i oglnie jak nastrj. Opowiada? o ciekawych ludziach, ktrych mia? przyjemno?? go?ci?. Wspomnia? o lokalnym zabytku (cerkiew), ?e warto po drodze zobaczy?. Czu?o si?, ?e doskonale wie, na czym polega turystyka. Dzisiaj po raz kolejny cz?owiek, ktry otwiera drzwi, patrzy na mnie jak na wariata. Znowu mam wra?enie, ?e zaburzam komu? spokj zimowej egzystencji. No c?, ?wi?ta si? zbli?aj?, tyle spraw na g?owie, a tu taki ja. Mam nadziej?, ?e ta tendencja si? nie utrzyma i w noc wigilijn? nikt nie poszczuje mnie psem. No dobra, mo?e to pierwsze wra?enie, a mo?e troch? zm?czenie. Gospodyni na moje pytanie o najbli?szy sklep proponuje, ?e je?li co? potrzebuj?, to mog? mi przywie??, bo jad? samochodem. Szybko robi? list? standardw ?ywieniowych: chi?czyki, cha?wa i kie?basa. Nie jestem tylko pewien czy, swoj? drog? szlachetna, propozycja pada z uwagi na przyjazne nastawienie do go?cia, czy raczej wsp?czucie dla m?odego cz?owieka, ktremu jego choroba psychiczna odebra?a szanse egzystencji w normalnym spo?ecze?stwie i dlatego w?czy si? samotnie po lasach. Pow?tpiewanie w stan mojego umys?u s?ycha? w ka?dym s?owie i nie ukrywam, ?e niezbyt przyjemne to uczucie.
2009-12-20 "Bieg przez p?otki" (06:15-15:20) prywatna kwatera Regietw -> prywatna kwatera Mochnaczka
No mo?e nie ca?kiem bieg, bo kilometry w nogach pozwalaj? mi ju? tylko cz?apa?, ale przeszkody na i?cie ?wiatowym poziomie.
Pierwsz? z nich napotykam tu? za progiem domu. W nocy sporo napada?o, a wiatr zwia? chyba ca?y ?nieg z okolicy wprost na drog?, ktr? prowadz? mnie czerwone znaki. Idzie si? ci??ej ni? wczoraj, sanie w g??bokim ?wie?ym puchu zapadaj? si? troch? za bardzo, ?eby uzna? ich u?ycie za prb? u?atwienia sobie ?ycia (i tak z nich nie zrezygnuj?). Tu? przed Ha?czow? szlak schodzi z ca?kiem przyjemnej polnej drogi tylko po to, ?eby przeci?gn?? mnie po dnie starego jaru i kilkukrotnie kaza? mi forsowa? ten sam strumie?. Latem to zapewne bardzo ciekawe i ekscytuj?ce do?wiadczenie, ale w zimowym mrozie, gdy suchy but jest na wag? z?ota, a ld tylko czeka, ?eby z?ama? si? z trzaskiem pod nieszcz??nikiem, taka przeprawa urasta do rangi sporego problemu. Kilka fa?szywych krokw i po p? godzinie od wydostania si? z jaru nosz? na nogach sztywne narciarskie skorupy. Za Ropkami z kolei jaki? lokalny wiejski artysta malarz o niezwykle silnym instynkcie terytorialnym postanowi? przesun?? szlak, u?ywaj?c do tego celu r?owiej?cej farby. Znaki ?rednio poradzi?y sobie z prb? czasu i soczystymi zaciekami sp?yn??y po powierzchni, na ktr? zosta?y naniesione. Cho? z drugiej strony chwa?a mu za to, ?e otaczaj?c swoje terytorium, u?y? farby i nie ulegaj?c instynktom pierwotnym, nie skorzysta? ze sposobu danego mu przez natur? z powodzeniem stosowanego przez inne ssaki terytorialne. Tak czy siak, u?a?sk? fantazj? samozwa?czego szlakarza przyp?aci?em spor? obsuw? czasow?. C? by to by? za bieg przez p?otki z trzema p?otkami. Schodz? do asfaltwki Banica - Izby, nie ma znaku, w ktr? stron? teraz, a nawet je?li jest, to zasypany ?niegiem. Wyci?gam wi?c map?: "w lewo-za kapliczk?, w prawo-przez rzeczk?-pod gr?". Etap przez rzeczk? okazuj? si? niewykonalny. Wyci?gam, wi?c GPSa i o zgrozo: "w prawo-za kapliczk?, w lewo-przez rzeczk?-pod gr?". Tym razem etap pod gr? sprawia spore problemy. Do dyspozycji pozostaje zwyk?a ch?? przedostania si? na drug? stron? wzniesienia. Wytyczam zatem now? polsk? drog? przez So?dywiec (626m n.p.m.). Odcinek Banica - Mizarne? Oczywi?cie, ?e s? p?otki. Ostatnim szlakarzem odwiedzaj?cym te strony by? zapewne sam Kazimierz Sosnowski. Znakw tu jak na lekarstwo, a je?li ju? s?, to w mocno zaawansowanym stadium zlewania si? z otoczeniem. Dodatkowo spraw? komplikuje fantazyjny rozwj budownictwa mieszkaniowego w dolince. Po wydostaniu si? z labiryntu zabudowa? wchodz? w zasieki z drutw kolczastych, elektrycznych pastuchw i zwyk?ych sznurkw do snopowi?za?ki. Ot, lokalna spo?eczno?? rozparcelowa?a sobie spory p?at ziemi i da?a temu wyraz poprzez zagospodarowanie wszystkiego, co mo?na rozwiesi? pomi?dzy dwoma s?upkami w celu ustalenia granicy.
W rezultacie, po pokonaniu wszystkich niespodzianek zanotowa?em spory deficyt czasowy. W Mochnaczce Dolnej stawi?em si? ponad 3 godziny p?niej ni? zak?ada? plan. Sporo czasu min??o jeszcze, zanim namierzy?em jak?? prywatn? kwater?. Oczywi?cie nie oby?o si? bez komentarzy w stylu, co przed ?wi?tami robi? normalni ludzie i ?e nie jest to samotne w?czenie si? po lasach. Przemilcza?em, zamkn??em si? w pokoju, wyszed?em dopiero rano.
Trzeba przyzna? jednak, ?e dzie? ten nie mo?na zaliczy? do ca?kiem nieudanych. Na t? okoliczno?? zaopatrzy?em si? nawet po drodze w piwo. Mapa Beskidu Niskiego, ktr? to powoli zacz??em obra?a? wymy?lnymi bluzgami, l?duje z hukiem w plecaku a na jej miejsce... Beskid S?decki
2009-12-21 "Turysta" (06:00-16:00) prywatna kwatera Mochnaczka -> PTTK Hala ?abowska
Na Jaworzynie Krynickiej sezon zimowy powoli si? zaczyna, co zwiastuje rych?e nadej?cie k?opotw dla turystw nieprzyodzianych w narty. Je?li na domiar z?ego turysta ten jest tak pod?y i bezczelny, ?e nie ma zamiaru korzysta? z kolejki gondolowej nale?y mu si? reprymenda. Niestety mapa, ktr? dysponuj?, nie grzeszy aktualno?ci? (co ustali?em dopiero w domu, po powrocie), a mo?e nie grzeszy rzetelno?ci? wykonania, bo szlak czerwony na szczyt ewidentnie poprowadzony jest tu wzd?u? trasy narciarskiej (na innej mapie ko?cwka przez las). Znakw niewiele a te, ktre s?, nale?a?oby odkopa? ze ?niegu. Id? zatem tak, jak prowadzi mnie mapa. Oczywi?cie nie ?rodkiem trasy a jak to tylko mo?liwe najbli?ej kraw?dzi lasu. Id? i tylko czekam a? jaki?, poruszony moim niecnym wyst?pkiem stra?nik, u?wiadomi mnie, ?e pope?niam niewybaczaln? zbrodni?. D?ugo czeka? nie musz?. No w?a?nie... Tak wiem, dlatego... Tak wiem, ale... usi?uj? delikatnie przeforsowa? mj plan wej?cia na szczyt. Uzyskuj? w zamian wiele ?wiat?ych porad w stylu: "Prosz? Pana przecie? zim? szlaki turystyczne s? pozamykane". Przyjmuj? rady po m?sku, powstrzymuj?c wybuchy ?miechu. W ko?cu wspania?omy?lnie dostaj? zezwolenie na kontynuowanie podej?cia. Na szczycie przebywam mo?liwie najkrcej. G?upio si? czuj? w t?umie a co gorsza... mam zupe?nie niemodne buty, tutaj krluj? albo narciarskie skorupy, albo lakierki i kozaczki. Co za niefart...
Ju? ponad tydzie? min?? od czasu, kiedy to po raz ostatni widzia?em na szlaku cz?owieka. Nie znaczy to oczywi?cie, ?e na czas marszu obowi?zuj? mnie ?luby milczenia. Zawsze mo?na przecie? przekaza? turystyczne "dzie? dobry" z trudem odnalezionemu w g?stych zaro?lach znakowi, wymieni? spostrze?enia dotycz?ce pogody z rezydentem przydro?nej kapliczki czy te? prowadzi? osobiste rozmowy z czerwon? chust? przewieszon? na kijku trekingowym. Dzisiaj jednak krajobraz zmusza do utrzymania absolutnej ciszy. Przecinam doskonale g?adk? tafl? ?nie?nego puchu. Czuj?, jakbym przemierza? dziewicze tereny, ktrych ?aden cz?owiek przede mn? nie mia? okazji ogl?da?. Wok? mnie wysokie ?wierki w zimowych szatach, ktrych ci??ar z trudem d?wigaj?. Z pochylonymi nad drog? ga??ziami, tworz? ko?ysane wiatrem bajeczne bramy. Nieostro?ne potr?cam jedn? z nich i nad g?ow? d?wi?cz? kryszta?owe ?yrandole sopli i zmarzni?tego ?niegu. Jakie? zatem wielkie jest moje zdumienie, gdy w takiej scenerii dostrzegam, drepcz?cego w moim kierunku turyst? z plecakiem. W takich okoliczno?ciach na krtkim powitaniu sko?czy? si? nie mo?e. Rozmowa, co zrozumia?e, kr?ci si? w?rd tematyki oko?ogrskiej. Opowiadamy sk?d i dok?d, gdzie jutro, troch? o zaj?ciach wykonywanych przez nas na co dzie?, robimy kilka zdj??. Po oko?o p? godzinie mj ty?ek zaczyna sygnalizowa? lekkie odmro?enia. Wobec takich argumentw jestem ca?kowicie bezsilny. ?egnam rozmwc?...
Tu? przed zapadni?ciem zmroku wychodz? na niewielk? polan?. Pomimo wst?pnego otrzepania z siebie ?niegu, i tak wnosz? do schroniska hurtow? ilo?? zimy. W progu trafiam na gospodarza i chc?c zrobi? dobre pierwsze wra?enie, pytam, gdzie mog? zostawi? buty, bo nie chc? narobi? ?ladw. Ten patrzy na mnie z niedowierzaniem jakby nie bardzo wiedzia?, o co mi chodzi: "Ale po co? Przecie? to tylko woda". Znowu po d?ugiej przerwie czuj?, ?e jestem w?rd swoich. Tu z pewno?ci? nikt nie zada mi pytania o celowo?? mojej samotnej w?cz?gi przez gry i nikt, po zapoznaniu si? z celem wyprawy, nie b?dzie mia? zastrze?e?, co do stanu mojego umys?u.
W budynku panuje niestety lekki ch?odek. Ostatnie mrozy nadwyr??y?y troch? schroniskowe ogrzewanie, ktre teraz gospodarz energicznie prbuje ?ata?. Siedz? w dwch polarach w jadalni z zamiarem na?apania jak najwi?kszej ilo?ci ciep?a z p?on?cego w kominku ognia. Przy b?yskawicznej chi?szczy?nie w pi?ciu smakach prbuj? opracowa? plan na jutro. Nie mam pomys?u na nocleg. Je?li utrzymaj? si? arktyczne temperatury, wola?bym nie korzysta? z trumienki, jako? tak mam wra?enie, ?e jej pieszczotliwa nazwa mog?aby okaza? si? zbyt prorocza. Z kolei proroctwo o nag?ym ociepleniu, ktre obi?o mi si? o uszy. No c? jego przyczyn? ma by? halny, jako? nie u?miecha mi si? zosta? pierwszym cz?owiekiem, ktry w namiocie oblecia? Beskid S?decki. Z pomoc? przychodzi gospodarz, podaj?c namiary na petetek w Rytrze. Zapowiada si? wi?c l?ejszy dzie?. Czemu sam na to nie wpad?em?
Odk?adam map? i spis dupochronw, czas na moje ulubione zaj?cie - marnowanie czasu. Kiedy w domu siedzia?em nad mapami, planuj?c kolejne dni marszu, uzna?em, ?e ?abowsk? traktowa? b?d? jak p?metek. Dzi?ki tym za?o?eniom kufel grzanego piwa, ktry mam przed sob?, zyskuje ca?kiem solidne podstawy ideologiczne. Dzisiaj zreszt? na brak ideologii narzeka? nie mo?na, w ko?cu 21 grudnia to pierwszy dzie? kalendarzowej zimy i drugi kufel grzanego piwa. Po oblaniu wszystkiego, co jest do oblania, w??cznie z rocznic? wej?cia Polski do strefy Schengen, zostawiam krtk? notk? w schroniskowej kronice i ko?o 20:00 obieram kurs na poduszk?.
2009-12-22 "Szyld PTTK" (06:20-11:30) PTTK Hala ?abowska -> PTTK Pod Roztok?
W?a?ciwie pierwotne plany zak?ada?y nocleg w Chacie Kordowiec. Niestety dopiero wczoraj zauwa?y?em, ?e na mapie przy nazwie schroniska widnieje dopisek "prywatne sez." a s?dz?c po t?oku panuj?cym na szlakach jest teraz raczej poza sezonem. Opieraj?c si? na wskazwkach, jakie otrzyma?em wczoraj na ?abowskiej, jeszcze przed po?udniem docieram do Zajazdu Pod Roztok? w Rytrze. Nad drzwiami wielka tarcza kompasu ze wpisan? we? map? Polski "Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze". Zapowiada si? mi?o, pki nie... pki nie dociera do mnie informacja, ?e b?d? musia? po?egna? si? z czterdziestoma nowymi polskimi bez z?otwki. Kwota mocno przewy?sza mo?liwo?ci mojego anorektyczno-bulimicznego portfela. Wzrok gospodarza w zarodku t?umi nie?mia?? prb? rozpocz?cia negocjacji. Co robi?, nastawi?em si? dzisiaj na mniej wymagaj?cy etap, wi?c zwini?cie si? i pj?cie dalej nie wchodzi w gr?. Zreszt? nie wiem nawet, gdzie mia?bym pj??.
Siedz? zatem poirytowany w hotelowym pokoju i dopijaj?c resztki herbaty z termosu zastanawiam si?, jak w przysz?o?ci unikn?? tego typu pomy?ek, bo jak wida? szyld PTTK nie zawsze jest najlepsz? wskazwk? mwi?c? "dla nas Turysto wa?niejszy jeste? ni? pieni?dze". Kto? mg?by odnie?? mylne wra?enie, ?e obiekty namaszczone tym znakiem spe?nia? musz? nie tylko normy regulaminowe, ale i by? zmaterializowan? wersj? szczytnych idei turystycznych. Tymczasem nawet regulamin jest tu traktowany wedle w?asnych interpretacji. A mo?e kto? kto tym wszystkim zarz?dza, dawno nie by? ju? na szlaku i zapomnia?, co to znaczy kubek gor?cej herbaty i kawa?ek gleby do spania i ?e tury?cie w zupe?no?ci wystarczy to do szcz??cia. Nie potrzeba ?azienki w pokoju i ?wie?ych r?czniczkw przy ka?dym ??ku. No i jeszcze telewizor z kablwk? mam - no przecie? nie w??cz? tego paskudztwa.
Plecak w kwestiach kulinarnych niewiele mo?e mi zaoferowa?, zmuszaj?c mnie tym samym do ma?ego turu po sennym i nieco przemarzni?tym miasteczku. Po powrocie ma?e pranie, bo zrobi?y mi si? spore zaleg?o?ci. Przed pj?ciem spa? odwiedzam jeszcze recepcj?. Chc? uprzedzi?, ?e zazwyczaj wychodz? na szlak oko?o 6:00 i zapyta?, czy nie b?dzie z tym problemu. Pomimo zapewnie? m?odego cz?owieka za barem co? w ko?ciach czuj?, ?e b?dzie z tego jaki? kwas. 18:00 uderzam w poduch?...
2009-12-23 "Odwil?" (06:30-13:15) PTTK Pod Roztok? -> PTTK Prehyba
Nic tak nie irytuje, jak totalna niemoc i brak mo?liwo?ci zrobienia czegokolwiek. Zw?aszcza je?li tym czymkolwiek jest prba wydostania si? o szstej rano z Zajazdu Pod Roztok?. Jednym s?owem trzeba by?o nie kraka?. Rano nadspodziewanie szybko radz? sobie ze wszystkim w??cznie ze z?amaniem, nie po raz pierwszy zreszt?, przepisw antypo?arowych (nieu?ywanie kuchenki gazowej w pokoju). Punkt 6:00 w pe?nym rynsztunku stoj? przed g?wnymi drzwiami. No w?a?nie: stoj?, stoj?, stoj?. Siad?em, siedz?, siedz?, siedz?. Znowu wsta?em. Obijam si? od ?ciany do ?ciany. Ciskam krwistym mi?sem po opustosza?ych hotelowych korytarzach. Po p? godzinie kto? pogwizduj?c gramoli si? z restauracyjnej cz??ci tego przybytku i z u?miechem na ustach oznajmia: "Komu w drog? temu czas". Si??, z jak? zagryzam j?zyk, nale?a?oby wyra?a? w kilotonach. Przez zaci?ni?te z?by wydostaje si? jedynie uprzejme: "Do widzenia". Niedoczekanie twoje...
Oj, dawno ju? nie wygenerowa?em takiej masy niecenzuralnych s?w w ci?gu jednego, sk?din?d krtkiego, dnia. Idzie si? paskudnie. Proroctwa o nag?ym ociepleniu i o halnym jako jego g?wnej przyczynie, dzisiaj w?a?nie postanowi?y si? spe?ni?. Poranek wita mnie szaroburym krajobrazem, ca?kowicie odartym ze ?nie?nobia?ej szaty. Zimowe pi?kno towarzysz?ce mi przez pasmo Jaworzyny Krynickiej znika w ci?gu jednej nocy. W silnym, porywistym wietrze z trudem utrzymuj? co? na kszta?t pionowej sylwetki. Brn? w mokrej po?niegowej mazi. Ca?a wodoodporna membranowa technologia, w ktr? jestem ubrany, a ktra tak pi?knie wsp?pracowa?a ze mn? w Bieszczadach i Beskidzie Niskim dzisiaj, niczym typowo polski bohater narodowy, "poleg?a w nierwnej walce z przewa?aj?cymi si?ami wroga". Przemok?em doszcz?tnie. Nie ?ebym by? tym faktem jako? specjalnie zaskoczony. Rzecz to oczywista, cho? przez producentw CO?TAM-TEXw raczej przemilczana, ?e przy oberwaniu chmury lub wszechobecnej wilgoci z topniej?cego ?niegu przed przemokni?ciem ustrze?e turyst? jedynie wielki foliowy wr zwi?zany na supe?. Niestety, jego niezaprzeczalnym minusem by?oby zapewne powa?ne upo?ledzenie motoryki, a przy d?ugotrwa?ych ograniczeniach w dost?pie do tlenu tak?e i psychiki. Wszystkie te magiczne cyferki okre?laj?ce wysoko?ci s?upw wody, jakie wytrzyma noszony przeze mnie materia?, schn? teraz poprzewieszane przez kijki i krzes?a wok? jedynego w pokoju kaloryfera.
Schronisko na Prehybie ?wieci pustkami, co nie wyr?nia go zbytnio spo?rd miejsc, w ktrych by?o mi dane do tej pory nocowa?. Obs?uga w nie najlepszym humorze. Moja pro?ba o nocleg uruchamia standardow? seri? pyta?. Czy by?a rezerwacja? Ile osb? Nie potrafi? oprze? si? pokusie sugestywnego rozejrzenia si? po pustej jadalni za mn?. Wtedy w?a?nie padaj? s?owa mantry recytowanej przez obs?ug? bacwki w Bartnem: "Musi Pan poczeka?". Wmawiam sobie, ?e najbardziej irytuj?ce zjawisko tego dnia (to jest wielk? chlap?) mam za sob? i ?e absolutnie nic nie wyprowadzi mnie ju? dzisiaj z rwnowagi. Oczekiwanie na ponown? audiencje u szanownej obs?ugi wype?niam rozmow? z mundurowymi, ktrzy w celu uzupe?nienia p?ynw zawitali w?a?nie do schroniska. S?dz?c po sk?adzie chemicznym przyjmowanych p?ynw, sko?czyli s?u?b?. Po dwch cha?wach, czekoladzie, resztce herbaty z termosu i kilku g??bokich ziewni?ciach w moje r?ce trafia upragniony klucz.
W Rytrze kupi?em 100-k? spirytusu. Wprawdzie spirytus p? na p? z kranw? nie jest mo?e szczytem gorzelniczej wynalazczo?ci, ale ju? po pierwszym ?yku polar robi si? ca?kiem suchy, a po kolejnym schn? i solidnie przemoczone spodnie. Czas na toast. Cho? granica przebiega dopiero w Kro?cienku nad Dunajcem, to ju? teraz wrzucam map? Beskidu S?deckiego do plecaka a na jej miejsce... Gorce
Czy jest rzecz, ktra pozwoli?aby mi zaliczy? ten przemoczony dzie? do udanych? Owszem. Tu? po 14:00 chmury si? rozst?puj? i na horyzoncie ukazuje si? pi?kna panorama Tatr. Widok ten towarzyszy mi a? do zachodu s?o?ca, a s?o?ce o tej porze roku zachodzi tu wa?nie za Tatrami. Najwyra?niej gry postanowi?y zrekompensowa? mi trudy dzisiejszej w?drwki. Jestem dobrej my?li i w ca?kiem niez?ym nastroju. Pora spa?.
2009-12-24 "Wigilia" (05:50-16:20) PTTK Prehyba -> stacja turystyczna p. Chrobakw
Oj, dziwny to by? dzie?.
Cho? zacz?? si? zupe?nie zwyczajnie, jak ka?dy inny zwyczajny dzie? podczas tej dwutygodniowej ju? w?cz?gi. Syrena telefonu, ?niadanie, herbata do termosu, pakowanie plecaka i w drog?. Nic nie zdradza?o, maj?cych nadej?? wydarze?.
Aby zsynchronizowa? tytu? podr?cznej mapy z moj? rzeczywist? pozycj? geograficzn? (pki co Beskid S?decki) nale?a?o jeszcze zej?? do Kro?cienka. Po dwch godzinach deptania mokrej ?nie?nej brei w butach bezdyskusyjnie og?oszony zostaje najwy?szy stopie? zagro?enia powodziowego, a chwil? potem stan kl?ski ?ywio?owej. W miasteczku zakupy na te kilka dni w Gorcach. No i zacz??y si? czary!
W sklepie panuje bardzo rodzinna atmosfera. Mam wra?enie, ?e nikt nie przyszed? tu dzi? na zakupy. Z wielkim plecakiem nie mam mo?liwo?ci przemkn?? niezauwa?ony, zatem i ja staj? si? go?ciem tego oryginalnego przyj?cia op?atkowego. Opowiadam sk?d i dok?d id?, ?e ju? dwa tygodnie po grach, ?e samotnie. Kierowniczka sklepu, ktra zdaje si? by? mistrzem ceremonii, ?yczy mi szerokiej drogi, zdrowia i wszystkiego co niezb?dne, aby dotrze? do celu w jednym kawa?ku. Oczywi?cie wtruje jej ca?a kolejka. Podczas podej?cia na Luba? niezbyt przyjemny ch?odny i wilgotny wiatr cichnie. Chmury si? rozpraszaj? i podobnie jak wczoraj, wy?ania si? zza nich panorama Tatr, cho? panorama to okre?lenie ma?o precyzyjne. W dole tafla Jeziora Czorszty?skiego i wst?ga Dunajca, dalej fale Magury Spiskiej i Spiskich Pienin, a na horyzoncie warstwa srebrzystych chmur z unosz?cym si? na nich l?ni?cym bia?ym pa?acem - Tatrami. Widok rzuca mnie na kolana. Dos?ownie, bo w takiej pozycji ?atwiej utrzyma? nieruchomo aparat. Zrobi?o si? wyj?tkowo ciep?o. ?ci?gam wi?c kurtk?, dalej id? ju? tylko w polarze z podwini?tymi r?kawami i s?o?cem przygrzewaj?cym w kark. Spowity delikatn? mgie?k? szczyt Lubania cz?stuje mnie zupe?nie innym, cho? rwnie metafizycznym do?wiadczeniem. Stoj? przy ruinach starego schroniska, majstruj?c przy aparacie. Nagle niedaleko wiaty na polu namiotowym, przyodziana w getry i obcis?y sweterek, spr??ystymi podskokami, niczym sarenka pomyka jaka? dwuno?na zjawa. Jestem poza zasi?giem jej wzroku. Przez g?ow? przelatuje mi uporczywie wspomnienie wczorajszych gorzelniczych eksperymentw i ich ewentualnych niepo??danych skutkw. W rezultacie nabieram podejrze? co do stanu w?asnego umys?u. Czym pr?dzej ruszam wi?c sprawdzi?, czy posta? pozostawi?a ?lady. Uff... S?, w mokrym ?niegu, g??boko odci?ni?te ?lady sportowego obuwia. Dla pewno?ci, wci?? nieufny, robi? kilka zdj??, sprawdz? jutro. Na Prehybie mundurowi, z ktrymi wczoraj rozmawia?em, pytali, czy nie widzia?em ?ladw wilkw. No, w Bieszczadach widzia?em, ale ?e niby gdzie? Tutaj? Wyrazem twarzy zobrazowa?em swj stosunek emocjonalny do przedstawicieli tego gatunku. To jutro b?dzie pe?no, us?ysza?em na pocieszenie. Jako? mi ten fragment rozmowy z g?owy wylecia?. Taaa... a teraz mi si? przypomnia?. Nastawienie psychiczne ma wida? w takich chwilach spore znaczenie. W Bieszczadach wiedzia?em, ?e mog? mi si? przytrafi? bliskie spotkania z bra?mi mniejszymi. Uzna?em jednak, ?e stresuj?ce wieczorki mam ju? za sob?. Nic bardziej mylnego. Chyba dlatego nie najlepiej znosz? obecno?? kud?atego towarzystwa. Mwi?c po ludzku: cykora mam, jak st?d do Wo?osatego i z powrotem. Na nic ?a?osne prby ignorowania tropw. Brni?cie w ?niegu o kilka krokw z jednej lub drugiej ich strony, bo "czego oczy nie widz?". Za ka?dym razem pr?dzej czy p?niej i tak trafiam na ?wie?o wydreptan? czterema ?apami ?cie?k?. Nie jeste? sam przypomina... I znowu ma?e problemy ze wzrokiem, nie licz?c tych, ?e ka?da le??ca na drodze k?oda z odleg?o?ci 20 metrw przypomina "sporego pieska" w przysiadzie. Przed Kotelnic? w moj? stron? maszeruj? dwie nieprzeci?tnej urody, po miejsku ubrane niewiasty. No dobra, jedna z niewiast mo?e nieco za m?oda, aby komentowa? jej urod?. Niemniej jednak widok wybija mnie z rwnowagi na tyle skutecznie, ?e zamiast kierowa? si? w stron? czerwonego znaku, ktrego dostrzegam k?tem oka, cisn? w d? w kierunku pa?. Wymiana turystycznych uprzejmo?ci a ja zauroczony chwil?, niesiony jej pi?knem, sun? dalej drog? coraz bardziej oddalaj?c si? od szlaku. Mija troch? czasu zanim wracam do siebie i orientuj? si? w sytuacji. Nie chc?c uchodzi? za grskiego lamera, ktry gubi szlak lub co gorsza le?nego zbocze?ca ?ledz?cego napotkane kobiety, szybko opracowuj? alternatywny plan ataku szczytowego na Kotelnic?, jej po?udniowym stokiem. Stokiem, cho? odpowiedniej by?oby powiedzie? ?cian?. Tn? zatem na prze?aj, przez sie? z po?amanych ga??zi i krzakw, zahaczam plecakiem o wszystko o co zahaczy? plecakiem mo?na. Oj nie, od tej pory ignorowa? b?d? wszelkie zjawiska nadprzyrodzone, nie odezw? si? ani s?owem do ?adnej ?witezianki czy innej Rusa?ki, nie b?d? zaczepia? biegaczy (w getrach czy bez), ani gada? do niczego, co odezwie si? do mnie. A w noc wigilijn? pono? wszystko mo?e si? odezwa?. Swoj? drog? ciekawe, co mia?by do powiedzenia ten "piesek" o ?apie wielko?ci mojej zaci?ni?tej pi??ci?!
Kilka sprawnych krokw i moja czo?wka robi za pierwsz? gwiazdk? w najwy?szym punkcie osady Studzionki. W dole o?wietlony dom "stacja turystyczna p. Chrobakw", tak to miejsce nazywa si? na mojej mapie. W?a?nie zapada zmrok. Nie powiem, dzi? mam wej?cie w i?cie Hollywoodzkim stylu. Pytam o nocleg i niemal z progu trafiam za wigilijny st?. Przed moim nosem l?duj? kolejne potrawy, ka?da smaczniejsza od poprzedniej. ?adnych ekspresowych syntetykw z torebek, wszystko prawdziwe i pachn?ce. Staram si? t?umi? zwierz?c? ch?? poch?oni?cia wszystkiego co w zasi?gu ramion. Rezultat wewn?trznej potyczki prezentuje si? raczej blado, bo przydzielony mi sektor sto?u powoli nabiera cech krajobrazu pustynnego. Gdyby nie czujne gospodarcze oko i prowadzone na bie??co zrzuty ?ywno?ciowe, mi?dzy pustymi p?miskami zacz??by hula? wiatr. D?ugo po kolacji rozmawiam jeszcze z gospodarzami przy herbacie. Po kolei o wszystkim i o mojej w?drwce, i o historii regionalnej, o grach, znowu o historii, tym razem regionalnej w mojego punktu widzenia, troch? o polityce. Jednym s?owem wielkie ratowanie ?wiata.
Nieraz zastanawia?em si? jakby to by?o, gdyby tego wieczoru kto? zapuka? do drzwi mojego domu, kiedy z rodzin? zasiadamy do wigilijnej kolacji. Teraz ju? wiem, jakie to uczucie, gdy w ten szczeglny wieczr to kto? otwiera drzwi i zaprasza do sto?u.
Oj, dziwny to by? dzie?.
2009-12-25 "Chod? na Turbacz" (08:30-12:00) stacja turystyczna p. Chrobakw -> PTTK Turbacz
Tak g?osi napis przy drzwiach schroniska. Wi?c jestem. Od rana na zmian? m?y i pada deszcz ze ?niegiem. Nie mam ochoty i?? dzisiaj dalej. Nie ?ebym by? jako? specjalnie zm?czony. Tu jest po prostu dobrze. Siedz? na ?awce przed wej?ciem ws?uchany w szum wiatru, do ?rodka nie wchodz?. Deszcz szerokimi strugami leje si? z dachu. W oddali mgliste zarysy poszarpanej grani Tatr. Jest spokojnie i pusto. A dobra, bo se dupsko odmro?? przez te opisy przyrody, id? si? grza?...
Grzanie ?rednio wychodzi, bo w schronisku ch?odno. A mo?e to ja jestem ju? tak przemro?ony, ?e nie potrafi? z?apa? swojego nominalnego 36 i 6 stopnia. Siedz? w jadalni i ogl?dam stare wpisy w schroniskowej kronice, w tym mj z pa?dziernika tego roku. Troch? przykro si? robi, bo wi?kszo?? z nich uleg?a chorej fantazji jakiego? idioty. Jak nie domalowane penisy, to g?upie komentarze. C?, w gry i?? mo?e ka?dy, ale chyba nie ka?dy powinien. Jadalnia powoli pustoszeje. Z g?o?nikw nios? si? s?owa "Samotno??, to taka straszna trwoga..." D?emu. No i z regu?y nieczu?y na tego typu bod?ce, po raz pierwszy w ci?gu wyprawy dopada mnie mia?d??cy d?. Siedz? wgapiony w kartki "dziennika pok?adowego" i nie bardzo wiem, jak opisa? ?ciskaj?ce za krta?, dusz?ce uczucie, ktre mnie ogarnia. Depresyjnie robi mi si? na duszy i co najgorsze bez wyra?niej przyczyny. Mo?e, gdyby nie ten deszcz. O 16:00 w sali kominkowej kameraln? msz? bo?onarodzeniow? dla pi?ciu osb odprawia ksi?dz Kazimierz. Wieloletni opiekun Kaplicy Papieskiej pod Turbaczem, cz?owiek Boga i Gr. Po mszy umawiam si? na 20:00 z goprowcami, ?eby sprbowa? wygooglowa? jaki? nocleg w Rabce. Ca?kiem bym si? rozleniwi?, gdybym za jutrzejszy cel obra? sobie spacer na Maciejow?. A pojutrze? 36 km na Krupow?? Troch? za daleko. Trudno wyobrazi? sobie, ?e tego wieczoru mo?e wydarzy? si? jeszcze co? godnego zapami?tania...
I nie po raz pierwszy wyobra?nia przegrywa w starciu ze scenariuszami pisanymi przez ?ycie. Niedaleko mojej mini ?wi?tyni samoumartwie? siadaj? dwie panie - mama Ewa z crk? Ani?. Ma?e zamieszanie wyrywa mnie z letargu, zaczynamy rozmawia?. Magiczne s?owo Bieszczady i ju? siedzimy przy jednym stoliku, zajadaj?c s?odko?ci rozprawiamy na przer?ne, cho? g?wnie grskie, tematy. Po chwili dosiada si? Krakus i w takim sk?adzie sp?dzamy na rozmowach reszt? dnia. W przerwie pomi?dzy kolejnymi blokami tematycznymi, ko?o 20:00 id? poinformowa? goprowcw, ?e nie chce mi si? jutro do Rabki, bo musia?bym i?? ju? spa?. Szkoda ?ycia na spanie. W ko?cu tak doborowe towarzystwo mo?e mi si? ju? nie trafi?.
2009-12-26 "Bez po?piechu" (10:20-15:30) PTTK Turbacz -> PTTK na Maciejowej
No i ile mo?na i?? z Turbacza na Maciejow??! Dla u?atwienia - mapa wycenia tras? na 2:35h. Mo?na natomiast okr?g?e pi?? godzin, zw?aszcza je?li cz?owiek, korzystaj?c z mi?ej atmosfery, urz?dzi sobie mi?dzyl?dowanie w schronisku na Starych Wierchach. A mi?a atmosfera ma to do siebie, ?e schronisko to traktuje jak w?asny dom i uwielbia przesiadywa? tu ca?ymi dniami. W drodze na SW wyprzedzam Krakusa. Wprawdzie wyszed? z Turbacza troch? wcze?niej, ale z racji wi?kszej wra?liwo?ci na pi?kno przyrody wi?cej czasu ni? ja po?wi?ca na podziwianie krajobrazw. Ze strat? dla mnie, oczywi?cie.
Wchodz? do schroniska. Za piwo z uwagi na problemy z wyp?acalno?ci? uiszczam jedynie cz??? nale?nej op?aty, to jest: 5 polskich nowych plus z?o?a miedzi z dna portfela. Do piwa dostaj? nadnaturalnej wielko?ci kawa? szarlotki, bo jak t?umaczy gospodarz, kto? j? wyj?tkowo krzywo pokroi?. Do??cza Krakus. Kolejne piwo i oko?o 14:00 zauwa?am, ?e przy do?? aktywnej migracji turystycznej, zaczynam wygl?da? tu troch? jak sta?y element dekoracji. Czym pr?dzej zmuszam si? wi?c do dzia?ania.
Na Maciejowej sporo ludzi, jak dla mnie - cz?owieka, ktry ostatnie dwa tygodnie sp?dzi? g?wnie sam ze sob?, troch? za sporo. Dostaj? ma?y pokoik na poddaszu, co z kolei jest strza?em w dziesi?tk?. Ciep?o i przytulnie. Z do?u docieraj? przyt?umione rozmowy go?ci. Z tej perspektywy brzmi? nawet ca?kiem klimatycznie i szybko przestaj? mi przeszkadza?. A za oknem widok, ktry ka?e ugi?? kolana - Jej Wysoko?? Krlowa Beskidw spowita mglist? szat? rozwian? na wietrze nad Oraw?. Po raz pierwszy podczas mojej wyprawy widz? najwy?szy punkt, na ktry przyjdzie mi si? wdrapa?. Nie potrafi? policzy?, ile razy by?o mi dane stawa? na jej szczycie, za ka?dym razem jednak Krlowa robi na mnie olbrzymie wra?enie. Ot, arystokracja a ja prosty ch?op ze wsi. Na prawo od Babiej Gry pasmo Polic, czyli cel jutrzejszego etapu. Odleg?o?? robi rwnie olbrzymie wra?enie.
Trzeba si? delektowa? chwil?, bo kto wie, gdzie i w jakiej temperaturze przyjdzie mi sp?dzi? kolejne noce. Zanim jednak w pe?ni rozsmakowuj? si? w b?ogim nic nierbstwie, pope?niam szybki prysznic i ma?e pranie. Siadam w opustosza?ej jadalni, ale spokj... Dzi? prcz mnie nie nocuje tu ?aden turysta, ale jako? ca?kiem inaczej ta dzisiejsza "samotno??" na mnie wp?ywa. Wczoraj do?owa?a i przygasza?a wol? walki, dzi? z kolei uspokaja, pozwala si? wyciszy? i nabra? si?. Jem czekolad?, ktr? na drog? Ania wcisn??a mi do kieszeni. Z kuchni dochodz? rozmowy gospodarzy, ogl?daj?cych telewizj?. Za oknem szum wiatru. Uwielbiam takie wieczory...
2009-12-27 "Nie ma to jak monotonia" (06:00-16:00) PTTK na Maciejowej -> PTTK na Hali Krupowej
Nic tak nie mobilizuje do wype?zni?cia ze ?piwora jak perspektywa dziesi?ciu godzin dreptingu. Mimo wczesnej pory dostaj? wrz?tek na drog?. Nie po raz pierwszy przekonuj? si?, ?e Maciejowa to jedno z najlepszych miejsc dla turysty, jakie mo?na sobie wyobrazi?. Dzi? za cel obieram Schronisko PTTK na Hali Krupowej. Nazwa do?? niefortunna zwa?ywszy na fakt, ?e wybudowane zosta?o na Hali Kuca?owej. A mo?e si? czepiam. No pewnie, ?e si? czepiam, przez to moje ?wi?teczno-gorcza?skie rozleniwienie mam teraz do przej?cia ca?kiem niez?y kawa? drogi. W dodatku pogoda coraz bardziej przypomina jesie?. Niezbyt mi to na r?k?, bo idea zimowego przej?cia szlaku zaczyna si? przez to lekko chybota?. Na szcz??cie przenikliwy ch?d i mro?ny wiatr nie odpuszczaj?. Przera?a mnie ten mj masochizm...
Dzie? do granic mo?liwo?ci przepe?niony jest monotoni? - specyfika etapu, ktry prowadzi g?wnie przez osiedla ludzkie i po asfalcie. W zaspanej jeszcze Rabce zastrzyk finansowy. Zamieniam plastik w papier, ratuj?c tym samym portfel od ?mierci g?odowej. Troch? polnej drogi i znowu asfalt. W Jordanowie zastrzyk kulinarny. Tym razem od ?mierci g?odowej ratuj? samego siebie, bo z tego co mam w plecaku na obiad mg?bym ugotowa? jedynie gorzk? herbat?. Pani w sklepie prosi o przekazanie pozdrowie? gospodarzom na Krupowej. Pono? znajomi.
W?a?ciwie to nie jestem ju? w Gorcach, granica przebiega gdzie? w okolicach zakopianki, ktr? przekroczy?em dwie godziny temu. Wi?c korzystaj?c z postoju, wrzucam niepotrzebn? map? do plecaka a na jej miejsce... Beskid ?ywiecki
Ciekawe, ale dopiero ten symboliczny gest zwraca moj? uwag? na to, ?e coraz bli?szy jestem osi?gni?cia celu wyprawy. Za mn? siedemna?cie dni w?drwki. Przede mn? gry, ktre s? najcz?stsz? aren? moich weekendowych wypadw. Te ktre znam i traktuj? jak w?asny dom.
Troch? polami i znowu asfalt. W Bystrej wita mnie samozwa?czy reprezentant lokalnej spo?eczno?ci o mocno sfatygowanej alkoholem twarzy. Pyta, dok?d id?, wi?c zaspokajam jego ciekawo??. Po czym on, kierowany zapewne trosk?, ostrzega: "Uwa?aj, bo cie w lesie kur*a dziki zjedz?". Pozostaje mie? nadziej?, ?e reprezentant nie jest reprezentatywny. Ech, w ciemnym lesie czuj? si? chyba znacznie pewniej ni? w?rd ludzi. Wracam wi?c do lasu.
Ca?e to dzisiejsze monotonne deptanie asfaltu troch? mnie zm?czy?o i gdybym by? o krok od fina?u... No niestety, przede mn? ostatnie podej?cie - pasmo Polic. Dochodz? do grzbietu, a moim oczom ukazuje si? krajobraz tunguskiej katastrofy. Stoki g?sto pokryte powalonymi drzewami. Wra?enie pot?guje pojawiaj?cy si? co pewien czas, niemo?liwy do identyfikacji, ha?as, po??czony z g?o?nymi wystrza?ami. D?wi?k nasila si?, zaczyna przypomina? ryk pot??nego silnika. Zapewne lepsze to ni? nadlatuj?cy meteoryt, ale i tak moja chora wyobra?nia zaczyna dzia?a? w niepo??dany sposb. Przed oczami maluje mi wielk?, ?ami?c? drzewa machin? wojenn?, co? na kszta?t gwiezdnowojennych maszyn krocz?cych. I cho? to zupe?nie absurdalne, zm?czony w?drwk? umys? przyjmuje jej wizj? za wysoce prawdopodobn?. Gdy ryk silnika zaczyna wprawia? otaczaj?c? mnie przestrze? w nieprzyjemne wibracje, a ja przekonany jestem, ?e zobacz? za chwil? wielkiego transformera, zza pobliskiego wzniesienia na crossowej maszynie wyskakuje motocyklista. Potem kolejny i kolejny, i jeszcze jeden. Z regu?y widok taki wzbudza we mnie niech??, tym razem - wdzi?czno??. Nie ma to jak monotonia...
Tu? po zmroku docieram do schroniska. Przekazuj? pozdrowienia z nizin i zalewam grzanym piwem dwa bigosy. T?oczna jadalnia bezlito?nie wyp?dza mnie do pokoju. Wracam ko?o 20:00 po wrz?tek na jutro. Maciejowa jednak solidnie zawy?a standardy, tam gospodarz potrafi wsta? specjalnie rano, ?eby w??czy? czajnik. Dobra i tak jest mi?o. Zagryzaj?c czekolad?, prbuj? wyznaczy? sobie cel jutrzejszego etapu - sza?as na Hali Czarnego, a jak nogi dadz? rad?, to mo?e i pole namiotowe na G?uchaczkach. Pora wypocz??, bo jutro monotonia na pewno mnie nie dopadnie.
2009-12-28 "Krlowa" (06:00-16:00) PTTK na Hali Krupowej -> koliba na M?dralowej
Nie mam poj?cia, czym zas?u?y?em sobie na takie traktowanie, ale Jej Wysoko?? uzna?a, ?e tego dnia nale?y mi si? solidny ?omot. Zarz?dzi?a zatem nawrt zimy i to jakiej zimy. Wiatr na Babiej Grze to zjawisko do?? pospolite. W ogle pogoda wok? Krlowej Beskidw sk?ada si? g?wnie z wiatru i kilku dowolnie wybranych warunkw pogodowych z puli: "typowo niesprzyjaj?cych". O ile podczas samego podej?cia nie zarejestrowa?em wi?kszych przeciwno?ci losu, to w okolicach kopu?y szczytowej panowa?a prawdziwa orgia zniszczenia. Wyci?gni?to przeciwko mnie najci??sze dzia?a, a w moj? stron? posypa? si? pe?en arsena? babiogrskich ?rodkw zag?ady. Pocz?wszy od g?stej mg?y przewalaj?cej si? przez grzbiet i ca?kowicie uniemo?liwiaj?cej orientacj? w terenie, poprzez lodowe szpilki z lubo?ci? tn?ce mnie po twarzy, a na czym? w rodzaju deszczu sko?czywszy - na "czym? w rodzaju", bo krople wody, ignoruj?c powszechne prawo ci??enia, lecia?y z do?u do gry. Okry?em twarz chust? najszczelniej, jak tylko potrafi?em, a wiruj?ce w powietrzu kryszta?ki lodu bole?nie u?wiadamia?y mnie, ?e powinienem zrobi? to lepiej. Na okularach zacz??a osadza? si? warstwa chropowatego lodu, a ?wiat przez ni? widziany przypomina? ten ogl?dany oczyma owada - bez wyra?nych konturw, posk?adany z setek bia?ych puzzli. To, co osadza?o si? na okularach, do?? sprawnie pokry?o mnie zreszt? ca?ego. Ka?demu ruchowi r?ki towarzyszy?y p?kaj?ce kry lodowe osiad?e na r?kawach kurtki. Ka?dy krok poprzedza?y ?ami?ce si? i odlatuj?ce z wiatrem solidne kawa?ki przymarzni?tych do spodni bry? ?niegu. I tak na wp? zamarzni?ty posuwa?em si? naprzd, p?ynno?ci? ruchw przypominaj?c nieudany biocybernetyczny eksperyment.
Ostatnie kroki po wykutych w lodzie stopniach i ju? chowam si? za kamiennym murkiem na szczycie. Zrzucam plecak. Wykonuj? seri? nieskoordynowanych ruchw w zamy?le maj?cych na celu przywrci? memu cia?u utracon? sprawno??. W praktyce przypomina to raczej zaj?cia z gimnastyki korekcyjnej i to dla tych najbardziej po?amanych. Porzucam wi?c nietrafiony pomys? i zaspokajam si? ?ykiem herbaty, ktra wczoraj wieczorem by?a gor?ca. Zi?b jest tak przenikliwy, ?e nie mam zamiaru pozostawa? tu ani sekundy d?u?ej. Wychodz? za murek i nagle mj wielki jak ?agiel plecak zadzia?a? jak... jak wielki ?agiel. Cofam si? o krok - tylko przytomno?? umys?u ratuje mnie od spektakularnej gleby.
Pozwolenie na zej?cie ze szczytu otrzymuj? dopiero po trzykrotnym sk?onieniu czo?a przed Krlow?. Przy jednym z takich upadkw o ma?o nie ?ami? nogi, ktra utkn??a w szczelinie mi?dzy wielkimi g?azami. Rze?ki poranek nasuwa mi genialn? my?l o mo?liwo?ci ogrzania si? przy herbacie w nowo otwartym schronisku PTTK na Markowych Szczawinach. Obijam si? wi?c entuzjastycznie kijkiem po ko?czynach, aby zmusi? przymarzni?ty do nich ld do uleg?o?ci. Po otrzepaniu z siebie wszystkiego, co wykaza?o wol? wsp?pracy, otwieram drzwi schroniska. A zza nich niespodziewanie niczym D?in z lampy Aladyna wyskakuje gospodarz. Twarz wykrzywia mu si? w co? na kszta?t g??bokiego zatroskania i wzburzenia zarazem. Wita mnie serdecznie, s?owami: "Tam jest miot?a. Ja Pana otrzepi?, bo mi Pan bajzlu narobi". Powitanie tak mocno mn? rusza, ?e odpowiadam cz?owiekowi bardzo wyra?ne, w jakiej cz??ci mojego cia?a zaskarbi? sobie dozgonne miejsce on i jego nowiu?kie schronisko i ?e nijak nie jest to serce. Oczywi?cie sklecona napr?dce wypowied? przybiera mniej poetyck? form? i tre??. Obrt na pi?cie i znikam z oczu zdezorientowanej karykaturze schroniskowego gospodarza. Na ?abowskiej moje o?nie?one buciory nikomu nie przeszkadza?y, bo "przecie? to tylko woda". Wida? tydzie? min??, a ?nieg zmieni? swj sk?ad chemiczny na tyle, ?e jest teraz w stanie narobi? bajzlu na wykafelkowanej posadzce. Szkoda gada?.
I tak z krtkim postojem na Hali Czarnego docieram na M?dralow?. Tu w ?wietle zachodz?cego s?o?ca udaje mi si? dostrzec nieoczekiwane miejsce dzisiejszego noclegu, ktrego, nie wiem czemu, nie bra?em wcze?niej pod uwag? - koliba na M?dralowej. Jest mi bardzo zimno, dlatego czym pr?dzej instaluj? si? w cz??ci mieszkalnej przybytku. Po chwili siedz? na roz?o?onym legowisku i zastanawiam si? intensywnie, sk?d wzi?? wod? do przygotowania ciep?ego posi?ku. Zima wprawdzie wrci?a, ale nie manifestuje tego nadmiarem ?niegu. W tym momencie przez szczeliny w ?cianach zaczynaj? wpada? do ?rodka, niesione przeci?giem, p?atki ?niegu. Otwieram zaryglowane ju? drzwi i ku swej uciesze widz? jak z nieba sypie si? ca?a masa ?wie?ego puchu. Gotowa?, je?? i spa?.
2009-12-29 "Spotkanie" (07:00-16:30) koliba na M?dralowej -> Hala Growa SKPB Katowice
Otwieram oczy i spogl?dam na zegarek. Wczoraj uzna?em, ?e b?d? spa? tyle, ile mj organizm uzna za stosowne, dlatego nie nastawi?em budzika. Do?? ryzykowne to posuni?cie zwa?ywszy na fakt, ?e bez mobilizuj?cej porannej syreny jestem w stanie spa? do po?udnia i d?u?ej. Ale tak jest w domu, a nie w trzaskaj?cej od wiatru budzie, w nie mniej trzaskaj?cym mrozie. Rozpinam zapi?ty od ?rodka ?piwr i wystawiam g?ow?. - O, cze??. Jak noc min??a? Te? tak zmarz?e?? - zagaduj? - A dok?d dzisiaj, bo ja chyba na Pilsko. Zero reakcji. Stoi jak ko?ek z wywieszonym j?zorem i udaje, ?e nic nie s?yszy. - Ej no, do ciebie mwi?! A dobra, b?dziesz chcia? pogada?, to te? ci? oleje. Wype?zam ze ?piwora, luzuj? solidnie zamarzni?te sznurwki i wsuwam na stop? niedosz?ego rozmwc?. Drugiego znajduj? pod ?piworem - dzieli los poprzednika.
Dzie? nale?y raczej do tych spod znaku nieobfituj?cych w zdarzenia, co osobi?cie bardzo mnie cieszy, bo po wczorajszej audiencji u Jej Kapry?no?ci nie mam ochoty na niespodzianki. Krtki postj na G?uchaczkach, par? krokw po grzbiecie ?ladem granicznych s?upkw i ju? grzej? si? w schronisku na Hali Miziowej. Grzej? si? rzecz jasna piwkiem, a nie cyrkulacj? ciep?ych mas powietrza. Nad kuflem, notatkami i map? sp?dzam ponad godzin?. No to mo?e jeszcze jaki? ma?y bigosik i pomy?l?, co ze sob? zrobi?. Jasna choler... Ale, ?e akurat teraz? Przypominam sobie noc na poddaszu wiaty w bazie namiotowej, dwa tygodnie temu. Wtedy, w?a?nie z z?ba bezbole?nie wykruszy?a mi si? plomba. Wida? by? to wyrok z odroczonym terminem wykonania. Po chwili p? g?owy pulsuje mi w tym samym obezw?adniaj?cym rytmie. To ja ju? chyba sobie pjd?, bo ja ju?... Bl nie pozwala mi pozbiera? my?li. Hala Growa 20 minut - recytuj? z pami?ci. Czas oko?o sylwestrowy, mo?e kto? ju? tam b?dzie. Wychodz? przed schronisko i lokalizuj? zielon? strza?ko-tabliczk?. Na znaku wskazuj?cym goprwk? dostrzegam dopisek "noclegi". Ciep?y, pewny nocleg w?rd ludzi, a zimny- niepewny w cha?upie na hali. Ale ju? po chwili wracam zdegustowany kwot?, jak? za?piewa? goprowiec - wi?c zimny i niepewny. Wracam, a przy znaku dwoje turystw. Podchodz? bli?ej i w jednym z nich rozpoznaj? Asi?, ktr? pozna?em latem na "II Wyrypie Beskidzkiej" (marsz na setk?). Towarzyszy jej ch?opak - Jacek. Okazuje si?, ?e stanowi? oni ekip? ekspedycyjn?, maj?c? za zadanie przygotowanie chaty na sylwestrowych go?ci. Nic lepszego nie mog?o mi si? dzisiaj przytrafi?. Nawet bl z?ba wyczu?, ?e nie pasuje do radosnej atmosfery i usta?.
Wieczorem w cieple bij?cym z kuchennego pieca zajadam pierogi z serem. Oczywi?cie nie pochodz? z mojego plecaka. Takich rarytasw tam po prostu nie ma. Konsumpcja odbywa si? technik? "na s?pa". Do p?nocy szukamy rozwi?za? na wszelkie niesprawiedliwo?ci tego ?wiata, pustosz?c przy tym butelk? ?o??dkowej gorzkiej. Po czym, celem regeneracji si?, wycofujemy si? na z gry upatrzone pozycje. Gry chyba nigdy nie przestan? mnie zaskakiwa?. Czego im i sobie ?ycz? z ca?ego serca.
A gdybym tak urz?dzi? sobie jeden dzie? bacowania i zosta? na kolejn? noc? Godzina, o ktrej k?ad? si? spa?, nie zostawia mi zreszt? pola do rozwa?a?. Jutro nigdzie nie id?...
2009-12-30 "Bacowanie" ( ;-] ) Hala Growa SKPB Katowice
Na rwne nogi "zrywam" si? oko?o 10:00. Oczywi?cie powodem wygramolenia si? z legowiska nie jest budzik, a raczej znu?enie odpoczynkiem, ile? spa? mo?na. Kilka czynno?ci porannych charakterystycznych dla chaty w grach, to jest ogie? w piecu, a na piecu herbata, tak ?eby reszta domownikw wsta?a na gotowe. Mo?e przynajmniej tak odp?ac? si? za wczorajsz? kolacj?.
Kolejnym punktem poranka jest przegl?d zgromadzonych w bazowej spi?arni r?no?ci. W bazach namiotowych i chatach studenckich, gdzie przewija si? wielu turystw, cz?sto jest k?cik na pozostawion? ?ywno??, ktrej nikomu nie chce si? taszczy? z powrotem do domu. Zasoby takiej spi?arni na og? s?u?? turystom w potrzebie, a wedle mojej oceny, jak najbardziej si? do tej grupy kwalifikuj?. Nie mam zatem lito?ci dla kolejnych pasztetw ani szynek konserwowych. Nawet je?li niektre z nich podczas otwierania z?owrogo na mnie sycz?, ?e niby termin wa?no?ci czy co?. Piec rozgrza? si? ju? solidnie, wi?c nie ma mowy o ??dnym ch?odku, pki kolejna wypita herbata nie przegania mnie na zewn?trz. W?a?ciwie za progiem te? nie jest specjalnie zimno, temperatura oscyluje na granicy niebieskich i czerwonych kresek. Uwielbiam takie miejsca. Kiedy mnie ju? nogi na staro?? b?d? bola?y i nie b?dzie mi si? chcia?o po grach chodzi?, to wezm? jedn? z takich chat przez zasiedzenie. Hm, trzeba by drewna nar?ba?...
Ludzie zaczynaj? zje?d?a? si? po po?udniu. Jedna z ekip wnosi nawet moje telefoniczne zamwienie. Nagada? si? nie mog?. Mniej wi?cej od 18:00 cyklicznie co p? godziny informuj? rozmwcw, ?e "cza by spa?", co po ktrym? razie staj? si? tematem drwin. Sam jestem sobie winien. ?wiat?ym debatom towarzyszy degustacja procentowego r?kodzielnictwa produkcji jednego z uczestnikw posiedzenia. Koniec ko?cw spa? id? ko?o p?nocy, co i tak uwa?am za spory sukces, bior?c pod uwag? jako?? towarzystwa.
2009-12-31 "Sylwester" (06:30-19:30) Hala Growa SKPB Katowice -> PTTK na Przys?opie
Wracam do rytmu dnia sprzed bacowania. Punkt 5:00 uciszam syren? budzika, zanim postanawia wyrwa? ze snu wszystkich zm?czonych rozrywkowym wieczorem domownikw. Pod?oga wok? mnie g?sto us?ana jest ofiarami dnia poprzedniego. Chwila mija, zanim udaje mi si? skompletowa? ca?y swj ekwipunek w jednym miejscu, wieczorem rozproszy? si? nieco po chacie. Po?ykam napr?dce zmontowane ze spi?arnianych resztek ?niadanie i ju? jestem gotowy do drogi. Trzeba jeszcze tylko docz?apa? do szlaku. Niedaleko 20-30 minut, cho? w g?stej mlecznej mgle i ciemno?ciach czas si? troch? d?u?y.
Godzina 7:00, zaczynam marsz po czerwonych znakach do bli?ej niesprecyzowanego miejsca. Dzisiaj po raz pierwszy nie mam wyznaczonego punktu docelowego, nawet orientacyjnego. Mam zamiar doj?? najdalej jak si? tylko da i pa?? ra?ony wyczerpaniem w miejscu, ktre z grubsza b?dzie si? do tego celu nadawa?o. Je?li za? idzie o zm?czenie. To szczerze powiedziawszy, dopada mnie do?? szybko. Na tych wysoko?ciach, mimo oglnego ocieplenia klimatu, wci?? krluje bia?y puch, a w?a?ciwie co?, co kiedy? bia?ym puchem by?o - idzie si? nieprzyjemnie. Z czasem, w miar? tracenia wysoko?ci pojawia si? coraz wi?cej strumykw i ka?u?, dochodzi wi?c problem utrzymania suchych skarpet.
Odcinek szlaku trawersuj?cy stoki Romanki to pierwsza niespodzianka tego dnia. Latem, kiedy by?em tu ostatnio, szed?em lasem. Teraz krajobraz przywodzi na my?l wielkie rozsypane bierki. Ca?a masa wiatro?omw. Nie sposb trzyma? si? ?cie?ki, nie sposb trzyma? si? nawet jej okolic. W?a?ciwie to nie sposb trzyma? si? czegokolwiek prcz nadziei na przej?cie odcinka drogi bez wi?kszych obra?e? cia?a. Droga sk?ada si? g?wnie z nadk?adania drogi, ale wi?kszych obra?e? szcz??liwie nie notuj?.
Tu? za S?owiank?, z oddali zaczynaj? dociera? d?wi?ki pojedynczych i seryjnych sylwestrowych prb ogniowych. To znak, ?e docieram do W?gierskiej Grki. Miejsca, w ktrym po raz ostatni przyjdzie mi podmieni? mapy. Do plecaka wraca zatem mapa Beskidu ?ywieckiego a na jej miejsce... Beskid ?l?ski
Si? porobi?o, czy?bym rzeczywi?cie by? ju? tak blisko mety?
Zajadaj?c p?czka i popijaj?c wych?odzon? herbat? z termosu, wpatruj? si? w now? map?. Uznaj?, ?e najsensowniej by?oby rozbi? si? na Hali Radziechowskiej z widokiem na sylwestruj?cy ?ywiec. Na miejsce docieram ju? po zmroku. Widok rzeczywi?cie robi wra?enie, zw?aszcza ?e ca?kowicie brak tu mg?y, towarzysz?cej mi niemal od samej W?gierskiej Grki. W dole pot??ny, roz?wietlony kawa? ziemi rozci?gaj?cy si? od Bielska po ?ywiec. Kiedy o p?nocy w niebo wystrzel? ognie, b?dzie genialnie. ?ci?gam plecak i... okazuje si?, ?e kto? ju? wpad? na ten sam pomys?. Z namiotu, ktry dostrzegam w mroku, dochodz? odg?osy imprezuj?cej pary. No to chyba nie b?d? przeszkadza?, a z Baraniej Gry te? pewnie b?dzie ?adny widok i tylko 1:30 marszu.
Kilka krokw i Radziechowski mikroklimatyczny brak mg?y na powrt ust?puje miejsca mlecznej zawiesinie. Chyba jeszcze g?stszej ni? poprzednio. Barani? Gr? zawsze kojarzy?em z lasem, w ko?cu nie bez przyczyny stan??a na jej szczycie wie?a widokowa. Id? ju? jaki? czas, a lasu jak nie ma, tak nie ma. Wreszcie na jednym z kolejnych wzniesie? dostrzegam jak?? konstrukcj? o regularnych kszta?tach, ale nijak nie pasuje mi ona do wspomnie? poprzednich wizyt w tych okolicach. Gdzie las? Zgubi?em si? we w?asnych grach!? To ju? drugi raz dzisiaj, jak b??dnym okazuje si? stwierdzenie o drzewach umieraj?cych stoj?c. Ca?y wschodni stok Baraniej Gry to teraz jedno wielkie le?nie cmentarzysko. Na szczycie z mg?y wy?ania si? dwch studentw Politechniki ?l?skiej. Z nadziej? wyczekuj? zmian pogodowych. Nie sposb wyja?ni? motyww mojego irracjonalnego zachowania, ale wspinam si? na wie??. Cho? z drugiej strony zmiana perspektywy pomaga mi podj?? decyzj? i uzna? czekanie za bezcelowe. A skoro i tak mam nic nie widzie?, to wol? zrobi? to w cieple, dlatego siedz? teraz w schronisku na Przys?opie.
Rzecz, do ktrej nie mam i nie mia?em nigdy ani grama talentu, czyli negocjowanie cen noclegu przychodzi tego wieczoru nadspodziewanie ?atwo. Wystarczy wyprbowane ju? magiczne s?owo Bieszczady i cena traci sw? sylwestrow? astronomiczno??, staj?c si? nieprzyzwoicie niska. Z kluczem w r?ku przemykam mi?dzy baluj?cym towarzystwem w kierunku pokoju na pi?trze.
O cholera, ale p?no. Spa? trzeba. Niestety, znowu zaczyna dokucza? mi z?b.
2010-01-01 "Mj Beskid" (06:30-17:00) PTTK na Przys?opie -> Czantoria Wielka
Otwieram oczy i uciszam budzik. P? g?owy pulsuje mi w jednostajnym rytmie, drugie p? nie mo?e si? na niczym skupi?. Chyba ?e to ju? oglne wyczerpanie przebytymi kilometrami pot?guje odczuwany bl. Wszystkie czynno?ci poranne wykonuj? w zwolnionym tempie, po kilka razy przek?adaj?c rzeczy z miejsca na miejsce. Szykuje si? pi?kny finisz. Przy p?yn?cych z do?u d?wi?kach dogasaj?cego balu sylwestrowego dopinam paski plecaka. Dzi? podobnie jak wczoraj chc? doj?? jak najdalej si? uda.
Pierwszy odcinek trasy (do Stecwki) jest bardzo ciekawy widokowo, wiem to oczywi?cie z innych moich wypadw w te strony, bo dzi? prcz p?yn?cych szlakiem potokw niewiele mo?na zobaczy?. Wbrew pozorom jednak zimowe warunki a? tak bardzo mnie nie opu?ci?y. Wprawdzie ni?ej panuje jesie?, ale wystarczy wspi?? si? powy?ej 800 m n.p.m. (wi?ksza cz??? dzisiejszego etapu) i pod nogami mam lekko rozmokni?t? zim?.
Dreptanie po szlaku up?ywa zupe?nie bezniespodziankowo, w ko?cu co mog?oby mnie zaskoczy? w moim Beskidzie. No... mo?e tylko wczorajsze wiatro?omy. Ale i tak mapy dawno ju? nie otwiera?em, bo i po co, wiem, gdzie i??. W sumie to znaki na drzewach te? na niewiele mi si? przydaj?. Ciekawe czemu w Niskim nie by?em taki chojrak. Przy towarzysz?cym mi absolutnym poczuciu panowania nad wszelkimi aspektami dreptingu docieram na Sto?ek Wielki.
Wchodz? do schroniska. Rozgl?dam si? przez zaparowane okulary po jadalni, a tu w najlepsze imprezuje Klub Turystw Optymistw. Grupa ludzi w wieku solidnie dojrza?ym przy czym absolutnie nieust?puj?cym kondycyjnie m?odszym kolegom gro?azom. Poniewa? wie?? o mojej wycieczce nieco si? ju? roznios?a w?rd znajomych, nie musz? t?umaczy?, sk?d si? tu wzi??em. W doskona?ej atmosferze przy grskich opowie?ciach i akompaniamencie strzelaj?cych szampanw ?wi?tujemy Nowy Rok. Jako? tak si? ostatnio porobi?o - mam wra?enie, ?e od pewnego czasu GSB przemierzam z grup? znajomych. Mi?a to odmiana po tych d?ugich samotnych etapach. Po dwch godzinach i kilku pami?tkowych zdj?ciach ruszam dalej.
Wymy?li?em, ?e sprbuj? zatrzyma? si? w schronisku Pod Soszowem, bo cho? prywatne, to jednak schronisko w grach a nie kwatera w mie?cie. Mo?e uda mi si? wyprosi? nocleg. B?dzie pewnie pe?ne sylwestrowych go?ci, ale mi wystarczy przecie? kawa?ek gleby w k?cie schowka na narty. Nie ma szans, komplet jest. Prbuj? s?w kluczy, ?e niby Bieszczady i 500km w nogach, ?e G?wny Szlak Beskidzki zim?. W?a?ciciel patrzy na mnie, jakbym kaza? mu liczy? potrjn? ca?k?. Zero zrozumienia. Twarz zupe?nie pozbawiona emocji - klasyczny karpik. Wspania?omy?lnie informuje mnie, ?e schronisko PTTK jest na Sto?ku, ignoruj?c zupe?nie informacje, ktre stara?em si? przed chwil? przekaza?. Cho?by t?, ?e w?a?nie stamt?d przyszed?em. Dodaje po chwili, ?e jest sylwester i ?e musz? sobie z tego zdawa? spraw?. To?my s? pogadali...
No i le?? sobie teraz w namiocie rozbitym przed drzwiami zamkni?tej goprwki na Czantorii (grna stacja). Nad g?ow? dyndaj? mi ?aweczki kolejki linowej. Temperatura jest ca?kiem zno?na. Od pana, ktry pilnuje obiektu, dostaj? wrz?tek na zup?. Jest 19:00 i z braku zaj?? postanawiam zasn??.
2010-01-02 "Meta" (07:00-12:30) Czantoria Wielka -> Ustro? PKP
Pki co jeszcze nie meta, siedz? w schronisku PTTK Rwnica pod szczytem o tej samej nazwie. Zajadam nieprzesadnej wielko?ci jajecznic?, ktr? popijam nieprzesadnie grzanym piwem.
W nocy, wed?ug termometru przy stacji na Czantorii, temperatura spad?a do -8C, czyli ?e spa?o si? ca?kiem przyzwoicie. Wsta?em godzin? p?niej ni? zazwyczaj i cho? do spakowania mia?em i namiot, i ?piwr a i ruchy na mrozie s? nieco wolniejsze, uwin??em si? ca?kiem sprawnie. Po godzinie z minutami rozpocz??em ostatni etap wyprawy. Chc?c u?atwi? sobie dreptanie w d?, opu?ci?em ca?kiem przyzwoit? drog? mi?dzy drzewami i postanowi?em i?? rwnoleg?? tras? narciarsk?. Wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego. Zaliczy?em w ten sposb najbole?niejszy i najbardziej widowiskowy upadek podczas ca?ej wyprawy. Scena niczym z katastroficznego filmu grskiego: podci?cie obu ng, chwila w powietrzu, uderzenie o ld i zjazd po stoku, prby ?apania si? czegokolwiek (g?wnie powietrza). Konkretnie poobijany wrci?em na ?cie?k?.
Sko?czy?em je?? i mam dylemat: przeci?ga? t? chwil? w niesko?czono?? czy po prostu zej?? na d? i pozwoli?, ?eby wszystko si? sko?czy?o. Ponad trzy tygodnie w?cz?gi przez kolejne pasma Beskidw ot tak dobiegnie ko?ca. Niby fajnie, "bo wreszcie", ale z drugiej strony, co ja teraz b?d? robi?, jak wrci? do codzienno?ci? Trzy tygodnie d??enia do celu, a teraz pstryk i koniec? Dziwne uczucie. Ponad godzin? rozwa?am wszelkie za i przeciw. Wreszcie decyduj? podnie?? si? z krzes?a. Schodz?c z Rwnicy, spotykam jeszcze kilku po miejsku ubranych turystw. Ze zdziwieniem reaguj? na moje radosne powitanie, ?e niby po co obcy ch?op im w lesie dzie? dobry mwi i w ogle czemu mu tak weso?o. Ha, a weso?o to mi jest. Troch? zimno, droga ?liska, po upadku na Czantorii mocno kulej? na lew? nog? i w ogle koszmarnie jestem zm?czony, ale jest mi przy tym CHOLERNIE WESO?O.
No i jest kropka, czerwona kropka w bia?ej obwdce. Wi?c koniec G?wnego Szlaku Beskidzkiego, koniec mojego "GSB na zimno". W t?umie zupe?nie niewiadomych przechodniw samotnie ciesz? si? z odniesionego sukcesu. Tylko ja wiem, co tu si? przed chwil? wydarzy?o. Ko?ca dobieg?a wielka przygoda. No i co teraz? Nic, po prostu, wsi?d? w poci?g i pojad? do tych, dla ktrych najwa?niejsze jest to, ?e wracam ca?y i zdrowy. Swoj? drog? jeszcze par? dni temu my?la?em, ?e na jaki? czas b?d? mia? do?? pofa?dowanych krajobrazw. Teraz ju? wiem, ?e wrc? tu za tydzie?, "bo w grach jest wszystko, co kocham".
Ciekawe zjawisko zaobserwowa?em. Do plecaka wraca mapa Beskidu ?l?skiego a na jej miejsce... Czekolada ;-]
|